Pewnie myślicie, że ten tytuł to żart. Miliardy filmów
gościły w kinach od ostatniej recenzji, masa filmowych wydarzeń miała
miejsce po drodze, a i trailerów, plakatów i innych szajsów pewnie z
pierdyliard przegapiłem. W Waszych głowach pojawiają się zapewne myśli w stylu:
"Chyba Wikingowi ktoś zbyt mocno przywalił toporem", "Co ten gość
bierze? Bo chyba wikińskie zioła lecznicze zbyt mocno mu mózg wyżarły",
"O co chodzi, bo jestem tu pierwszy raz". Ale tak, dobrze widzicie, oto
przed Wami recenzja nowego filmu z serii "Transporter"...

Ale
jaki "Transporter" jak tu Jasona brakuje? Ano właśnie. Twórcy wywołali
spore kontrowersje zatrudniając jakiegoś kasztaniucha z nudnego i
przereklamowanego serialu stacji Ejcz Bi Joł zatytułowanego "Gra o
Zrobienie Ludziom Wody Z Mózgu, Iż Jest To Najlepsze Serial W Historii".
Co więcej - postanowili nie zmieniać imienia i nazwiska głównego
bohatera opowieści, zatem i Statham i Skrein grają tą samą postać! W tym
miejscu powinniśmy skończyć, zebrać się, dokonać inwazji na chaty
wszystkich twórców i sprawić im w prezencie krwawego orła. Ale jako, że
jestem Wikingiem o usposobieniu pokojowym, postanowiłem dać szansę
Bessonowi i innym i ten film obejrzeć na wielkim ekranie i to nie
dlatego, że kiedyś pan Więckiewicz rzekł mi w reklamie, że fajno jest
wspierać legalną kulturę. Po prostu, po ostatnich, dość zabieganych,
dniach, miesiącach, latach, wiekach i tysiącleciach postanowiłem pójść
do kina się odmóżdżyć - a co gwarantuje lepsze odmóżdżenie niż Audi s8
(niestety nie zapłacili mi za tę reklamę), które w pojedynkę dewastuje
Lazurowe Wybrzeże i zabija złych panów chcących zrobić coś złego tym
dobrym?

Oto zatem przed nami kudłaty Frank Martin,
który ma kudłatego ojca Franka Martina Seniora oraz kilka pojazdów
marki Audi. No i ma komórkę, której nie odbiera w czasie jazdy, mimo, iż
posiada zestaw słuchawkowy. Potem jednak siedząc z ojczulkiem w swojej
hacjendzie i wcinajac rosół i schabowego (jak w każdą niedzielę) fołna
odebrać już może i co w nim słyszy? To samo co słyszał zawsze Dżejson:
"Czy to pan Transporter?". Prawdziwy Polak odłożyłby telefon i dokończył
obiadek, ale nie nasz Franku - ten mówi, że tak, że zgarnia misję, że
wymyje swoje s8 i przyjedzie strzelić misję. No i siema, no i cześć, bo
potem scenariusz wygląda następująco: s8, s8, s8, s8, s8, rozmowa, s8,
s8, s8, s8, s8, rozpierducha, s8, s8, s8, s8, porwany ojczulek, s8, s8,
s8, s8, rozpierducha, s8, s8, s8, ładny widoczek i już napisy końcowe.
Bo tak naprawdę głównym bohaterem tej opowieści nie jest jakiś Frank
Martin, a Audi s8, które na ekranie jest częściej niż papież w czasie
niedzielnego "Anioł Pański". "Transporter: Nowa Moc" to po prostu
najdroższa reklama samochodu w historii. Ale czy tylko samochodu? To
przecież piękne dzieło sztuki, dowód na boskość istot ludzkich i coś o
czym marzy każdy facet (no dobra, nie każdy, ci inni wolą torebki :P).
Co więcej - mi to ABSOLUTNIE NIE PRZESZKADZA! O tym dlaczego, to za
momencik. Ponapawajmy się jeszcze widokiem tego cudnego pojazdu:

No
dobra, do rzeczy. Owszem, s8, jest przecudne i przewspaniałe, ale
dlaczego, do jasnej ciasnej, piszesz koleś o tym, a nie o aktorach,
fabule i innych pierdołach, które składają się na film - pomyśleli
pewnie niektórzy z Was. Bo oto twórcy nowego "Transportera" doszli do
wniosku, że i owszem, Skrein był tani i wziął groszową wypłatę w
stosunku do Jasona, ale i jego skille nie pozwalają mu na jakiekolwiek
wyrażanie emocji. Myśleli, myśleli i wymyślili. Niech to Audi będzie
głównym bohaterem, a Edzio niech mu tylko towarzyszy - eureka i pomysł
gotowy. Potem poszli na piwo i dopisali historię. Ale, że to Francja i
piwo jest tam kijowe, to wrócili trzeźwi i upichcili, o dziwo, całkiem
niezłą historyjkę. Ba, dodali nawet zwroty akcji. Podobno. Tak, czy
siak, fabuła wcale nie schodzi na dwudziesty ósmy plan i wprawiając mnie
tym w osłupienie da się ją w filmie zauważyć. Jest konflikt, są femme
fatale, są pościgi, są strzelaniny, jest śmieszny ojczulek Bond, jest
s8, są różne ładne miejscówki, jest s8, są fajne suchary i jest s8. Tak,
ten scenariusz, w przeciwieństwie do miliarda poprzednich, Bessonowi
się udało. A może udał się tym dwóm innym ziomkom, którzy tę historię
współtworzyli? Nieważne, grunt, że nie powoduje to bólu zębów i chęci
uduszenia twórcy "Piątego Elementu".

Ano
właśnie, pisałem o Edku i myśli dokończyć zapomniałem. Otóż jest on tak
drętwy, że w tej kategorii wygrywa nawet z entami z "Władcy
Pierścieni". On jest tak drewniany, że jakby był Polakiem, to na
potrzeby Węży powstałaby kategoria "Najgorszy aktor w historii" i
gwarantuję, że ten ziomek zostawiłby daleko za sobą panią Kurdej-Szatan,
pana Szyca, pana Karolaka i innych naszych asów aktorstwa. Czasem aż
zastanawiałem się, jak można wyrażać smutek, wściekłość i radość tą samą
miną - ale nie doszedłem do konkluzji, zatem pewnie jestem zbyt głupi
na zrozumienie mocy twarzy tego kolesia. Na szczęście partneruje mu
Aud... znaczy Ray Stevenson, który aktorem jest wyśmienitym i tym filmem
jedynie to potwierdza. Wszystkie sceny z jego udziałem są popisem jego
kunsztu i wszystkie te sceny stanowią o sile tej produkcji. Bo Ray ma
dystans do siebie i potrafi to w genialny sposób okazać. Kibicujemy mu,
by przypadkiem jakiś zły koleś nie zrobił mu kuku i mamy zaciesz z
każdego zdania, które wypowiada. Absolutna aktorska petarda i
najjaśniejszy punkt obsady. Mamy też wspomnianą panią femme fatale,
której misterny plan jest tak misterny, iż nawet najstarsi Indianie (lub
enty) nie pamiętają tak skomplikowanego planu zemsty. Po co podejść do
kolesia i strzelić mu z pistolca w bańkę, skoro, jak się potem okazuje
na jego łajbę pani ta może dostać się bez problemów, a ów zły pan nawet
nie krępuje jej rąk, by mu kuku nie zrobiła. Lepiej jest zaangażować w
swoją intrygę pana niełysego Transportera, jego ojczulka, jakiś innych
złych kolesi, jakieś kobietki, jakiś policjantów, jakąś truciznę i s8.
Się kobitka naprawdę zirytowała faktem, iż zły pan był dla niej niezbyt
miły. Pamiętajcie panowie - jeśli Wasza dziewoja ma dużo peruk, a Wy jej
podpadniecie, to w zemście na Was wezmą udział sąsiedzi, eskimosi,
teletubisie i fiat multipla. Brrr, aż mnie ciary na myśl o tym ostatnim
przeszły. Bądźcie mili, tak jak powinniście być zawsze. I o dziwo,
wybaczamy jej tą misterną intrygę, bo pani Loan Chabanol, która ją gra,
wypada na ekranie bardzo przyjemnie. W każdym razie, jej mimika nie
ogranicza się do jednego wyrazu twarzy i jestem nawet w stanie napisać,
iż tak ciekawej femme fatale w ciągu ostatnich dwóch lat na ekranie nie
widziałem. Owszem, nie jest to jakiś ultrapopis aktorstwa, ale Loan
wypada na ekranie bardzo przekonująco. No i pozostał nam już tylko
czarny charakter. Znaczy nie, to nie historia teatralna i na ekranie nie
pojawia się tylko czterech bohaterów. Są i inni, ale po co o nich pisać
skoro albo służą za gadające manekiny albo za worki treningowe? Zatem
wracając - główny czarny charakter jest niedobry, bo robi z dziewczynek
prostytutki i podpadł kiedyś, za czasów komandosowania, naszemu
Frankowi. Tak, bo wszyscy tu wszystkich znają i wszyscy mają do siebie
jakieś wąty. Główny worek treningowy jest oczywiście Ruskiem i
oczywiście gada ze śmiesznym akcentem - może faktycznie istnieje jakieś
miasto w Rosji, gdzie tak gadają? Bo i po co w każdym filmie Ruscy
gadaliby z tym takim przeciąganiem słów? W każdym razie nasz główny zły
tak gada, ale, że jest też tak zły, że zasługuje na łomot, to i łomot
dostać musi. Po co mu zatem skill aktorski? Z tego założenia wyszli też
twórcy filmu - Radivoje Bukvic udaje zatem twardziela przez cały film
tylko po to, by ktoś spuścił mu manto. Ale robi to, jak na swoje
umiejętności, i tak całkiem dobrze. Choć pewnie zauważyłem to tylko
dlatego, że Skrein jest takim drewnem. Ogólnie jednak zbyt mocno
narzekać nie można - jak na tego typu film, aktorzy i tak się
sprawdzili. Prócz Edzia, który jest jaki jest...

Do
kina poszedłem jednak nie po to, by aktorzy szpanowali grą a'la z
teatrów szekspirowskich, a po to, by się dobrze bawić. A bawiłem się nie
tyle dobrze, co kapitalnie! Akcja gna do przodu na złamanie karku,
pościgów, strzelanin i zadym jest tu od groma, a poziom przegięcia pały
sięga... przegięcia pały. A wszystko to zostało zrealizowane w sposób
mistrzowski. Walki wyglądają kapitalnie - choreografia została
przygotowana wręcz genialnie. Łup, bach, łup, haja, łup - Frank
przedziera się przez tabuny wrogów w epickim stylu. Jest i sloł moł i
efekciarska kamera - oj tak, walki są niesamowite. Do tego dochodzą
absolutnie cudowne sceny z Audi s8 - pościgi zrealizowano wręcz
bajecznie. I to nie dlatego, że są tak nierealne, a dlatego, że
wyglądają tak miodnie. Scena pościgu po wyjściu z banku, czy sceny na
lotnisku po prostu miażdżą systemos. Adrenalina aż wylewa się z ekranu!
Co prawda francuska policja znowu musi kupić miliard radiowozów, ale cóż
zrobić...

No i tu dochodzimy do zdjęć. Bez
ich efekciarstwa ten film nic by nie znaczył i byłby pokraką godną
"Obcego Ciała" Zanussiego. Christophe Collette stworzył małe arcydzieło.
Obroty kamery, kamera "z lotu ptaka", kamera z maski Audi, kamera
sprzed Audi, ujęcie końcowe - majstersztyk. To jedne z najlepszych
filmowych zdjęć jakie widziałem w tym roku!
Na
koniec pozostaje nam niby zbyteczny, jak na tego typu film, element
układanki, czyli muzyka. Tu zaskoczenia nie ma - z głośników wydobywa
się głupia łupawka, której po prostu nie dałoby się słuchać poza kinem.
Ale, o dziwo, do ekranowych wydarzeń pasuje idealnie i fajnie uzupełnia
rozpędzone tempo produkcji.
Czy zatem warto
udać się do kina na "Transporter: Nowa Moc"? Jeśli macie ochotę na
efekciarską, choć głupią, rozrywkę, w której główną rolę gra
samochód, a partneruje mu ultrasztywniak, to kupujcie bilety już teraz.
Jeśli jednak od kina oczekujecie zadumy, powagi i użycia mózgu, to
pewnie nawet "Transportera" nie znacie. Ja, jako fanatyk serii,
wyszedłem z kina z bananem na twarzy - bo pomimo tego, iż nie jest to
produkcja bardzo dobra, to swoje założenia spełnia w należytym stopniu.
Frank Martin powrócił i choć nie jest łysy, dalej potrafi porządnie
skopać dupska frajerów, którzy postanowili z nim zadrzeć.
Ocena:
7,5/10