Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 maja 2025

Recenzja: "Mission: Impossible - The Final Reckoning"

 


Gdy świat staje na skraju zagłady, kogo wysyłacie na ratunek? Jamesa Bonda? Pfi, to lamus, który ma jakieś pistoleciki i zabaweczki. Jasona Bourne'a? Pfi, on może uratować co najwyżej ślimaka, by nikt nie zdeptał go na chodniku. Johna Rambo? Pfi, ten to sobie może z łuku w ogródku postrzelać. Johna Wicka? Pfi, ten gamoń to te swoje pif paf może robić z pistolecikami na wodę. Oczywistym jest, że gdy świat skazany jest na zagładę, jedynym ratunkiem dla nas jest Ethan Hunt. Ostatni prawdziwy bohater kina akcji.

środa, 7 maja 2025

Recenzja: "Drobiazgi takie jak te"

 


Po gigantycznym sukcesie "Oppenheimera" Cillian Murphy kroczy dalej swoją drogą. Mógłby przyjmować role w każdym filmie, mógłby wyskakiwać z lodówek, ale on pozostał sobą. Wciąż bardzo rozważnie dobiera projekty, nie celebryci, nie stał się królem instagrama czy tik toka... Szanuję to. Jego najnowszy obraz nie jest zatem blockbusterem, nie jest kinem, które dotrze do szerokich mas. Czy warto poświęcić czas i obejrzeć kameralne "Drobiazgi takie jak te" (premiera online za dwa dni, 9 maja)?

piątek, 4 kwietnia 2025

Recenzja: "21.37"

 


PONIŻSZA RECENZJA OBRAŻA UCZUCIA RELIGIJNE. NIE MAM ZAMIARU SIĘ HAMOWAĆ, ZATEM BĘDZIE GRUBO I MOCNO. JEŚLI CI TO NIE PRZESZKADZA, ZAPRASZAM DO NOTATKI - ZASTRZEŻENIE: NAPRAWDĘ WCHODZISZ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ. JEŚLI JEDNAK RELIGIA JEST DLA CIEBIE WAŻNYM ELEMENTEM ŻYCIA CODZIENNEGO, LEKTURY NIE ZALECAM - NIE CHCĘ OTRZYMAĆ POZWU ;)

środa, 26 marca 2025

Recenzja: "Don't f..k with Liroy"

 


Patrząc na ilość ocen "Don't f..k with Liroy" na filmwebie można przyjąć, że dzieło to widzieli tylko bohater dokumentu, jego rodzina i przyjaciele. Czy kogoś to dziwi? Czy znacie kogoś, kto śledzi to, co aktualnie robi Liroy? No właśnie... Dlaczego zatem postanowiłem obejrzeć ten film? 

środa, 26 lutego 2025

Recenzja: "Nosferatu" (2024)

 


Wampir w romansie, wampir w komedii, wampir w horrorze, wampir w dokumencie, wampir w lodówce, wampir w zmywarce, wampir w umywalce, wampir w supermarkecie, wampir w przestrzeni kosmicznej, wampir robiący stand up, wampir przebrany za Gandalfa [część może być zmyślona przez mój pokręcony mózg]... Kurde, one są już wszędzie! Od piątku wampir znów gości też w kinie. Czy Robert Eggers sprawił, że istota ta ponownie stała się synonimem grozy? Czy reżyser spowodował, że wampir wrócił na swoje miejsce i przestał być pajacem służącym tylko do tego, by trzepać na nim hajs?

środa, 12 lutego 2025

Recenzja: "Becoming Led Zeppelin"

 


1969 rok przyniósł prawdziwy przełom, przyniósł prawdziwie kosmiczne doświadczenie. Nie, nie chodzi o lądowanie na Księżycu. Nie, nie chodzi o premierę "Dzikiej Bandy". Nie, nie chodzi o likwidację komunikacji tramwajowej w Legnicy. W 1969 roku premierę miała płyta, która na zawsze zmieniła oblicze muzyki. To wtedy do sklepów trafił debiutancki krążek zespołu Led Zeppelin. To wtedy zaczęła się nowa era.

piątek, 17 stycznia 2025

Recenzja: "Putin" (2025)

 


Pod kinową nieobecność Patryka Vegi różni twórcy starali się zająć jego miejsce, zdobyć tron filmowej krainy szamba. Była Szumowska z "All Inclusive", był Pujszo z "Arcydziełem", był Węgrzyn z "Blefem Doskonałym" i "Jak Ukradłem 100 Milionów"... Podjęli wyzwanie, bo ich dzieła naprawdę były srogimi ścierwami. Król Patryk czekał, pracował. W końcu jednak powrócił i to powrócił w życiowej formie.

poniedziałek, 16 września 2024

Recenzja: "Wyspa Chciwości" (2024)

 


Od paru dni na płatnych serwisach VOD możecie oglądać film "Wyspa Chciwości" z Josephem Gordonem-Levittem, Himeshem Patelem i Lily James w rolach głównych. Czy warto zapoznać się z tą komedią kryminalną?

środa, 17 lipca 2024

"Wikingowie: Walhalla" (sezon III) - recenzja




Nastał Ragnarok. Nastał czas, by rozstać się z serialem "Wikingowie: Walhalla". Nastał czas, byśmy pożegnali się z Freydis, Leifem i Haraldem. Nastał czas, by "Wikingowie" wyruszyli na ostatnią wyprawę.

poniedziałek, 22 kwietnia 2024

RECENZJA: "Księga Luster" (2024)

 


Ostatnie lata zdecydowanie nie należą do Russella Crowe. Niezaprzeczalna LEGENDA kina grywa albo w przeciętniakach albo w gniotach rozmieniając swoją karierę na drobne. Nie jest to fajny widok, gdy w pamięci mamy jego niezapomniane występy w "Gladiatorze", "Pięknym Umyśle" czy "Amerykańskim Gangsterze". Czy "Księga Luster", którą od najbliższego piątku będziecie mogli oglądać w serwisach VOD, coś zmienia? Czy widać w tym dziele dawny blask Russella? Embargo recenzenckie dziś zostało zdjęte, zatem czas, bym podzielił się z Wami swoją opinią.

piątek, 1 marca 2024

Recenzja: "Diuna: Część Druga" (2024)

 


To mogłaby być jedna z najkrótszych recenzji w historii świata. Mógłbym opisać swoje wrażenia po drugiej części "Diuny" w jednym zdaniu. Nie zrobię tego jednak. Nie za to mi nikt nie płaci! Oto przed Wami moje wrażenia z powrotu na Arrakis.

piątek, 23 lutego 2024

Recenzja: "Superposition" (2023)

 


Krążą słuchy, iż jak dysponujesz blogiem filmowym, to tylko odświeżasz maila czekając na zapytania od dystrybutorów, czy zrecenzujesz dla nich film. Oczywiście za siano, które pozwoli opłacić czynsz za penthouse'a przy Złotej 44 w Warszawie. Mam tak wypchane konto, że z marszu takie oferty odrzucam. Co prawda jeszcze takiej propozycji nie dostałem, acz odrzucam. Owszem, otrzymuję linki do różnych produkcji, jednak przeważnie są to dzieła, które, lekko mówiąc, nie wstrzeliwują się w mój dziwaczny gust filmowy. Stąd grzecznie dystrybutorom odmawiam. Jednak, gdy parę dni temu otrzymałem od Kino Świat możliwość obejrzenia, przed premierą VOD, filmu "Superposition", seansu sobie odmówić nie mogłem. Uprzedzając pytania: czynsz już opłaciłem, więc recenzja nie jest sponsorowana. Zresztą, gdy w Kino Świat mój tekst przeczytają, możliwe, że jeśli nie umrą przy moich sucharach, to wpiszą mnie na czarną listę. 

poniedziałek, 25 kwietnia 2022

"Wiking" (2022) - recenzja

 


W piątek na ekrany naszych kin trafił długo wyczekiwany przeze mnie "Wiking" w reżyserii Roberta Eggersa. Moja "znajomość" z tym Panem sugerowała, iż, pomimo przekozackich zwiastunów, z seansu mogę wyjść wściekły. Z jego "Czarownicy" nic już nie pamiętam (a dałem 7/10), co raczej zbyt dobrze o tym dziele nie świadczy, zaś masowy orgazm spowodowany "The Lighthouse" wciąż pozostaje dla mnie jedną z największych zagadek świata (uważam, że ten film to okrutne gówno, które totalnie mnie wymęczyło). No i ten ziomek wbija do "mojego" świata, do świata Wikingów. Kurna, mimo wszystko, liczyłem na arcydzieło, ale biorąc pod uwagę, że Eggers nie należał do moich ulubieńców... Lekko mówiąc, różnie mogło się to potoczyć.

czwartek, 28 października 2021

Uwielbienie do życia i wolności. Recenzja filmu "Adam the Apostate".



Nergal według katotalibanu to największe zło w tym kraju. Lider Behemotha podpadał im już miliardy razy, ilość spraw sądowych, które mu wytoczono mogłoby stanowić podstawy wielosezonowego serialu prawniczego. Kim tak naprawdę jest jednak Adam Darski? Czy to wcielenie Szatana? Czy to chodzący Belzebub?

sobota, 1 września 2018

Asy przestworzy(?)




Rok 1940. Blitzkrieg Adolfa Hitlera trwa. Upadają kolejne państwa, nazistowska machina wojenna nie ma zamiaru się zatrzymywać. Kolejnym punktem na mapie podboju ma być Anglia. Tu, przez uwarunkowania geograficzne dostać się trudniej - czas zatem stoczyć wojnę w powietrzu. Początkowo wszystko szło po myśli Hitlera, jednak zdesperowani Anglicy sięgnęli po ostatnią deskę ratunku - zagranicznych pilotów, którzy dostali się na Wyspy uciekając ze swoich, podbitych przez nazistów, państw. Jak to się skończyło? Wszyscy wiemy. Wiemy też doskonale - bez legendarnego Dywizjonu 303 wszystko mogło wyglądać inaczej. Kilkadziesiąt lat po Bitwie o Anglię, za ten niesamowity temat postanowili zabrać się filmowcy. Stąd, w Polsce, w przeciągu dwóch ostatnich tygodni na ekrany kin trafiły aż dwa filmy opowiadające o asach lotnictwa. Które dzieło wybrać? Kto lepiej przedstawił dzieje Dywizjonu?


piątek, 24 marca 2017

Czy chcecie zobaczyć to łóżko w płomieniach?




Nie, nie mam zamiaru nagrywać filmiku, w którym podpalam swoje łóżko. Choć sądzę, że oni by mogli. I wszyscy byliby zachwyceni. Kim są oni? Po co zadaję to głupie pytanie, skoro widzicie powyższy obrazek... Ehhh, godziny poranne, stres i człowiek nie myśli. Czy jest ktoś, komu w ogóle trzeba ich przedstawiać? No, dobra, pewnie jest, zatem mogę coś skrobnąć.




Rammstein powstał w 1994, nigdy nie zmienili składu i od początku kariery wszystkie (nie licząc drobniuteńkich wyjątków) ich teksty są po niemiecku. Większość (czytaj: 99,9%) artystów chcących zrobić międzynarodową karierę przerzuca się z automatu na język mas, czyli angielski. Nie oni. I jak na tym wyszli? Patrząc na miliony sprzedanych płyt, miliony na koncertach, miliony fanów i na to, że na ich widok srają frajerzy z Metalliki (odwołali trasę po USA, gdy dowiedzieli się, że ich konkurencją będzie wtedy R+), to chyba bardzo dobrze. Zresztą nie ukrywajmy - czy miękki angielski pasowałby do tekstów, a przede wszystkim, do muzyki prezentowanej nam przez Rammstein? Nie, brzmiałoby to po prostu mięczacko. A tak mocny wokal w połączeniu z marszowymi wręcz czasem grzmotami łączy się w relację perfekcyjną. Dobra, kto ich nie lubi, po tym tekście i tak ich nie polubi, zatem czas przejść do dania głównego. Choć akurat i "danie" ma z nimi chyba zbyt wiele wspólnego.




"Rammstein: Paris" trudno uznać za zwykły zapis koncertu. Ten odbył się w, uwaga, w życiu byście nie zgadli, Paryżu i to w 2012 roku (w ramach trasy "Made in Germany"). Dlaczego nie można uznać tego za zwykły zapis koncertu? A no bo, całość wyreżyserował sam Jonas Åkerlund, człowiek specyficzny i idealnie czujący siłę tego zespołu. To on wywołał skandal będąc reżyserem klipu do "Pussy", to on stworzył fenomenalny teledysk do "Mein Land". A co się stało, kiedy powierzono mu stworzenie zapisu z koncertu?




Stało się to, czego można się było spodziewać. Powstało absolutne arcydzieło, film, którego nie da się opisać słowami. Już po pierwszych riffach miałem muzyczny orgazm, a moje uszy spłodziły chyba ze sobą dziecko (choć liczę na dwa, to chociaż pięć set plus zapojka wpadnie). To jest po prostu nieziemskie. Aaaa, miało być, dlaczego nie można tego uznać za zwykły zapis koncertu. Bo pan Jonas postanowił zabawić się w maga i utrzeć nosa Siergiejowi Eisensteinowi na nowo definiując pojęcie montażu. To, czego jesteśmy świadkami, po prostu zapiera dech w piersiach. Kilkadziesiąt kamer, dynamika, montaż w rytm gitar, perkusji albo wokalu, szybko, czasem cholernie szybko, przeskakujące obrazy, standardowe (jak na R+ oczywiście) efekty pirotechniczne, no i ta genialna muzyka. Jak to w ogóle Wam opisać? Ludzie, którzy tworzyli nasz język nie wymyślili słów, które w odpowiedni sposób byłyby w stanie opisać to, co widzimy na ekranie. Tu KAŻDY, podkreślam KAŻDY, kadr mógłby stać się tapetą na moim kompie (a na to naprawdę trzeba zasłużyć!) - Jonas jesteś, do jasnej cholery, szalony! Powiem Wam tak - jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, każde ujęcie jest bardziej dopracowane niż cokolwiek do tej pory. Nawet Ty, drogi Czytelniku, nie jesteś tak dopracowany. Na heheszki mi się wzięło, bo nie miałem porównania. Reżyser spowodował, że od ekranu nie można oderwać wzroku, bo akurat może nam umknąć kolejny, majestatyczny kadr, który zgwałci Wasze oczy perfekcją. 




Jakich chwytów używa w tym celu Åkerlund? Niby prostych. Kamery są zamontowane praktycznie wszędzie, reżyser poskładał ujęcia tak, że widzimy absolutnie wszystko, co chcielibyśmy zobaczyć. Niby wiele koncertów może się już pochwalić pierdyliardem kamer - ot choćby wspaniałe "Live at River Plate" AC/DC. Ale nikt, absolutnie nikt, nie może pochwalić się taką szybkością kadrów, taką perfekcją i poetyckością dzieła. Tak, jak pisałem - każde ujęcie dopasowane jest do muzyki. Najlepiej widać to w czasie klasycznych utworów kapeli takich jak "Du Hast" czy "Mein Teil". Co tam się dzieje na ekranie! Gwałtowne zmiany obrazu, szybkie przeskoki między członkami zespołu, niesamowite filtry i... efekty specjalne! Tak, Åkerlund postanowił dodać od siebie kapitalnie wmontowane w całość efekty komputerowe. Jakie? Sami się przekonajcie. Trolling taki. Powiem Wam - będziecie zdziwieni. Najlepsze zostawiłem jednak na koniec. Spytacie: kurna, koleś, zachwycasz się nie wiemy czym, bo Twój tekst jest chaotyczny, a teraz masz coś jeszcze? Tak, mam. Slow-motion. Reżyser, w czasie większości utworów, postanowił stworzyć nie tylko na maxa dynamiczne kadry, ale i takie, które są na maxa wolne. Flake w kombinezonie w petardami, Till kręcący łukiem z petardami... Kurna, ależ to wygląda w slow-motion! Nie wiem, czy wtedy oddychałem - chyba tak, bo jednak dziś żyję. Zwolnione tempo robi w tym filmie piorunujące wrażenie. Zastosowano je w odpowiednim momencie, nie ma go za dużo, a jak jest, to mamy ochotę krzyczeć z radości - tak to się robi, panie Snyder!




Oczywiście nie mogło też zabraknąć tego, z czego Rammstein, uczynili znak firmowy. PIROTECHNIKA. Kto był na trasie "Made in Germany" lub oglądał jej zapiski, wie czego się spodziewać. Aaaa, już wspominałem wcześniej o pirotechnice. Chaos straszny dziś, ale tego filmu naprawdę nie da się inaczej opisać. Wracając. Wybucha wszystko, płonie wszystko, jaramy się i my. Ogień to znak rozpoznawczy kapeli, a Åkerlund idealnie to ukazał. Płonące gitary (ciągle nie mogę się temu nadziwić), płonące mikrofony, płonący kocioł z Flake'iem w środku, płonące maski, płomienie na scenie, płonienie wokół Tilla, do tego płonące skrzydła i inne, liczne wybuchy. Koncerty Rammstein to bezsprzecznie najbardziej efektowne koncerty świata. A mając do dyspozycji szalonego Jonasa wiedzcie, że nigdy z lepszej perspektywy tego nie zobaczycie. Ba, z lepszej perspektywy nie widzą tego nawet członkowie kapeli. Åkerlund ukazuje każdy detal, najmniejszy nawet wybuch i potrafi użyć montażu tak, by wszystko było jeszcze idealnie zgrane z innymi kadrami i muzyką. Absolutna perfekcja. 




A jak z setlistą? Cóż, w stosunku do nadchodzących wydań DVD/Blu-Ray, wycięto pięć utworów, jednak kwintesencja zespołu pozostała. Od nieśmiertelnego "Du Hast, poprzez wybuchowe "Feuer Frei", aż na... "Frühling in Paris" kończąc (w filmie to utwór po napisach). I w zasadzie tylko ten ostatni jest niespodzianką, kawałkiem, który został zagrany jedynie w Paryżu. W pokazie kinowym nie uświadczyliśmy klasyków w postaci utworów "America" czy "Links 2, 3, 4", ale w wydaniach "domowych" będą już one na setliście. Całość trwała przeszło 90 minut, jednak w ogóle tego się nie dało odczuć. To było na zasadzie: "ooo, to już koniec?!". Ale przy perfekcyjnej muzyce, która została na dodatek zaprezentowana w tak perfekcyjny sposób, czas mija szybko. Zbyt szybko. Bo ten film można by oglądać i oglądać. CO ZA DZIEŁO! Wszystkie koncerty Rammstein, które wydano oficjalnie zawsze były perfekcyjne. To, co stworzył jednak Åkerlund przechodzi wszelkie pojęcie. Żaden inny zespół ani przed ani zapewne po nie doczeka się czegoś tak spektakularnego. Sława Rammstein! Sława Jonasowi! A Wam i sobie zalecam jedno: kiedy film ten trafi na DVD/Blu-Ray (mówi się o połowie maja) nie zastanawiajmy się, lećmy do sklepów i kupujmy. "Rammstein: Paris" jest warte każdy pieniędzy!







niedziela, 5 lutego 2017

Czy można stworzyć rafę koralową za pomocą... samochodu?




Kiedy świat obiegła informacja, iż BBC zawiesza współpracę z Jeremym Clarksonem, wszyscy byliśmy w szoku. Ale jak to? Że go zwalniają? Co z "Top Gear"? Oczywiście, postępowania słynnego prezentera, który zrugał i uderzył producenta za to, iż po całym dniu ciężkich nagrań nie dostał ciepłego posiłku, nie można bronić. Polityka BBC nie pozwoliła jednak na przeprosiny i jakąś rekompensatę  - Clarkson wyleciał ze stacji. W tym momencie, honorowo zachowali się jego dwaj koledzy, James May i Richard Hammond, którzy rozwiązali swoje kontrakty ze stacją. Cała trójka wylądowała na bezrobociu, jednak jednego mogliśmy być pewni: długo na nim nie posiedzą, bo największe stacje telewizyjne i internetowe będą o nich walczyć.




Starcie wygrało Amazon Prime i trzeba przyznać, iż była to najlepsza decyzja tej platformy. Przeznaczając na "The Grand Tour", bo tak miał nazywać się następca "Top Gear", olbrzymie środki finansowe, dając swobodę twórczą kultowej trójce, doprowadzili do tego, iż za programem BBC już nikt nie tęskni - umarł król, niech żyje król.






Zanim jednak mogliśmy delektować się nowym programem Clarksona, Hammonda i Maya, mieliśmy poznać nową odsłonę "Top Gear", którą prowadzić mieli "pan Przyjaciel" Matt LeBlanc oraz wkurzający rudzielec. Tak, jak się można było tego spodziewać - nowa odsłona kultowego programu okazała się klapą na całej linii: drętwy Matt, niesamowicie irytujący Evans i kilku innych prowadzących, nie udźwignęli sławy szlagieru BBC. Powstał chłam, który z przyjemnością oglądają chyba tylko masochiści. Tak wymuszonych żartów, to nawet w "Familiadzie" nie ma. Przez tę wtopę BBC, oczekiwania wobec "The Grand Tour" urosły niesamowicie.





Teraz, po trzynastu tygodniach przygód Clarksona, Maya i Hammonda, mogę stwierdzić jedno - powrócili oni w jeszcze lepszej formie. Moje cotygodniowe salwy śmiechu słychać było zapewne nawet w Sydney, a emocje, jakich dostarczył program, trudno nawet opisać. Ale po kolei.




Formuła programu nie uległa zbyt wielkim zmianom - owszem, prawa do Stiga oraz "gwiazd w samochodzie za rozsądna cenę", pozostały w BBC, jednak niepokorna trójka znalazła i na to sposób. Nowym kierowcą w programie został Mike 'The American' Skinner i powiedzmy to sobie szczerze: jest najsłabszym elementem całości. Jego nudne teksty o tym, że wszystko jest "komunistyczne", a każdy testowany samochód ma za mało mocy, strasznie irytują. Plusem jest to, że chłop nie pojawia się w każdym odcinku i można od niego odpocząć. Mam nadzieję, że w kolejnej serii zostanie on zastąpiony kimś śmieszniejszym, jednak patrząc na to, że Amazon jest amerykański, a Skinner ma status kultowego kierowcy NASCAR, raczej nie można na to liczyć. Szkoda, bo nowy tor, nazwany EBOLADROME, zasługuje na osobnika z jajem, który nie tylko fajnie kwituje pozytywy i wady samochodu, ale i niespodzianki, które może zastać na drodze. Sama trasa bardzo mi się podoba - jest o wiele trudniejsza niż ta z "Top Gear" i wymaga od kierowcy większej atencji. Ależ by było idealnie, jakby za kółkiem ponownie, tym razem bez białego stroju, zasiadł Ben Collins - facet jest do tego stworzony. Oprócz wykreowania nowego toru i znalezienia następcy Stiga, twórcy programu musieli sobie poradzić również z tym, iż za kółkiem nie mogły zasiadać gwiazdy - prawa do takich "wydarzeń" zostały w BBC. Stąd pomysł na "Celebrity Brain Crash". Większość widzów ten element programu irytuje - ot, co tydzień "zabijana" jest nowa gwiazda ("śmierć" spotkała chociażby Charlize Theron czy Jeremy'iego Rennera). Mi się to zaś strasznie podoba. Fajna, głupia odskocznia od rozmów z celebrytami, którzy, dość często, wypadali bardzo blado na tle genialnego Clarksona - błyskotliwość nie była ich mocną stroną. Stąd pomysł, by seryjnie ginęli w zaaranżowanych sytuacjach, przypadł mi do gustu. Oni pokazują do siebie dystans, my się śmiejemy. I jeszcze to kultowe pytanie Jamesa: "Czy to oznacza, że nie przyjdzie?". Ten element trafia, bezsprzecznie, na listę pozytywów.




Bo i w sumie, prócz "Amerykanina", program ten nie ma wad. To stary, dobry "Top Gear", tylko, że ze zdecydowanie większym budżetem. Widać to na każdym kroku. Najlepszy przykład? Odcinek dziewiąty. Hammond twierdzi, że fajnie jest być prepperesem - uzdatnia sobie zatem Volkswagena, by móc przetrwać w czasie apokalipsy. Co robią jego serdeczni koledzy? Oczywiście - rozwalają wehikuł strzelając do niego z karabinu snajperskiego. Kolejne próby kończą się tym, iż nowe wcielenia pojazdu Hammonda niszczone są przez czołg oraz... niszczyciel HMS Richmond. Tanie to to nie było, ale efekt jest kapitalny. Podobnie rzecz ma się, kiedy nasza trójka postanawia zbudować... rafę koralową. Za pomocą zdezelowanych aut. Oczywiście, większość ich prób kończy się katastrofą (jak choćby rozwaleniem plaży, kilkudziesięciu leżaków, czy małego statku), jednak finalnie udaje im się umieścić samochód w ustalonym miejscu - czy stworzy się w nim nowa rafa koralowa? Przekonamy się za kilkadziesiąt lat. Kto, jak nie oni, mógłby też wpaść na pomysł, by grać w "statki" za pomocą dźwigów i starych gruchotów? Oczywiście, by wszystko było jeszcze bardziej efektowne, w samochodach, które udają "statki" umieszczono ładunki wybuchowe. Reva G-Wiz idealnie nadaje się na "pocisk", stąd ulepszona wersja kultowej gry naprawdę przynosi wiele śmiechu i emocji.




Nie mogło również zabraknąć odcinka specjalnego - tym razem panowie wybrali się do Namibii, gdzie mocno zmodyfikowanymi Volkswagenami Beetle (na wzór stareńkich "beach buggy") mieli do przejechania cały kraj. Oprócz tego, że potwierdza się fakt, iż żadnemu z nich nie można ufać, jeśli chodzi o nawigację w terenie, dowiadujemy się również, iż nie jest za fajnie obudzić się na wysokości oraz tego, że można w samochodach tropić kłusowników, których oczywiście się nie znajduje. Namibia zapiera jednak dech w piersiach. Piękne krajobrazy, różne scenerie, a to wszystko niesamowicie sfilmowane - "The Grand Tour" zrobił temu krajowi olbrzymią reklamę. No chyba, że akurat utkniecie w samochodzie, na plaży, gdy zbliża się przypływ - wtedy może być gorzej ;)




Zapomniałem dodać, iż tym razem, Clarkson, May i Hammond nie nadają ze stacjonarnego studia - programy nadawane są z namiotów, które lokowane są w różnych częściach globu. I tak, "The Grand Tour" gości choćby w Szkocji, RPA, czy w Niemczech. Na razie nie zawitał do Polski - ale patrząc na to, jak w naszym kraju witano trzech prezenterów, gdy przyjechali ze swoim show na Stadion Narodowy, pozostaje to raczej tylko kwestią czasu (zwłaszcza, że Amazon Prime od jakiegoś czasu jest już dostępny w naszym kraju). Pomysł z ukazywaniem różnych narodowości i "nabijanie" się z różnych kultur jest kapitalny (Murray jest Brytyjczykiem, nie Szkotem! :D) i stanowi powiew świeżości w stosunku do tego, jak odbywały się krótkie rozmowy w "Top Gear". A wygadać panowie mogą się dodatkowo w "Conversation Street" (kapitalne intro!). No i tu już pojawia się to, co w teorii, powinno być najważniejsze - samochody.





Nie ukrywajmy - zdecydowana większość ludzi nie oglądała "Top Gear" ze względu na testy nowych samochodów, a ze względu na trójkę prowadzących. Chemia, jaka między nimi istnieje, ich charyzma, ostry humor, powodowały, iż program przyciągał przed ekrany każdego, niezależnie od tego, ile miał lat, czy znał się na samochodach czy nie. W "The Grand Tour" jest podobnie. Jest jednak pewna różnica - w programie, o wiele więcej miejsca poświęca się testom samochodów. Alfa Romeo Giulia Quadrifoglio, Lexus GS F, Abarth 124 Spider, Honda NSX - recenzji najnowszych pojazdów jest naprawdę sporo, co teoretycznie może odstraszyć osoby, które tym się kompletnie nie interesują. Jednak, czy odstraszy? Poczucie humoru, rewelacyjne puenty, kapitalne ujęcia rozpędzonych maszyn powinny spowodować, iż nawet osoby niezainteresowane tematem, będą się rewelacyjnie bawić (tak, wiem, nie wszyscy - prawda Agata? :D). Trochę zabrakło mi w tym jednak kultowych materiałów, w których prezenterzy dostawali po kilka tysięcy funtów, by nabyć stary samochód i coś udowodnić. W "The Grand Tour" mamy jeden taki duży segment - Clarkson, May i Hammond otrzymują po 8000 funtów, by udowodnić, że stare Maserati mają duszę i mogą rywalizować ze współczesnymi samochodami. Jak to się kończy? Tak, że James jedzie ze złamaną ręką, auto Clarksona non-stop się psuje, a Hammond gubi drogę wśród kontenerów. Czyli dla nich: dzień jak co dzień. Seria zwieńczona zostaje wielkim wyścigiem między Bugatti Veyronem a Porsche 918 Spyder o tytuł najszybszego, seryjnie produkowanego samochodu. Wszystko byłoby git, gdyby do rywalizacji nie dołączył... Nissan Patrol.




"The Grand Tour" to odświeżona, zdecydowanie bardziej dofinansowana wersja "Top Gear". Trzech, niezbyt wysportowanych, coraz starszych prezenterów, wciąż bawi do łez, a każdy kolejny materiał powoduje, iż śmiech nie schodzi nam z ust. Wszystko to zostało dodatkowo sfilmowane przy użyciu większej ilości kamer, przez co zdjęcia naprawdę zapierają dech w piersiach. Co tu można jeszcze dodać? Amazon Prime ma w rękach prawdziwą perełkę i mam nadzieję, iż będą na nią chuchać i dmuchać tak, by my, widzowie, wciąż bylibyśmy zachwyceni wyczynami najbardziej znanych prezenterów w historii. Niech żyją Clarkson, May i Hammond! NIECH ŻYJĄ!





sobota, 21 listopada 2015

"Autorki"




Zastanawialiście się kiedyś, co by się stało, gdyby jakiegoś ważnego reżysera lub dramaturga zamknęli w więzieniu? Znaczy, przy obecnej władzy, zbyt tego sobie wyobrażać nie musicie, bo tacy ludzie skończą, prędzej czy później, w pierdlu, jeśli będą adaptować herezje (wg. Jarosława I Wielkiego) podobne do "Golgota Picnic". Ale odchodząc od wątku politycznego - co się dzieje z utalentowanymi "człowiekami" za kratami? Nie sławnymi, acz utalentowanymi. Na to pytanie odpowiada nowy dokument autorstwa Janusza Mrozowskiego.


niedziela, 8 listopada 2015

"SPECTRE"






Na świecie pewne są trzy rzeczy: śmierć, podatki i nowa część przygód Bonda. No może jeszcze to, że inter mediolan to buraki. Tak, czy siak historii pana, który idzie w lewą stronę, obraca się, strzela, a ekran zalewa krew, już troszku było, ale i tak każdą kolejną częścią cholernie się jaramy. Znaczy na pewno ja się jaram, bo jak się okazuje istnieją ludzie, którzy nie lubią przygód 007! I podobno nie pochodzą z innej planety i podobno nie należą do organizacji SPECTRE, która również nie lubi pana "martini wstrząśnięte, nie zmieszane"... Ale to nie o nich ma być ten tekst, a o filmie, który mnie, osobiście, wyrwał z kapci!


środa, 9 września 2015

Wiking Recenzuje: "Transporter: Nowa Moc"






Pewnie myślicie, że ten tytuł to żart. Miliardy filmów gościły w kinach od ostatniej recenzji, masa filmowych wydarzeń miała miejsce po drodze, a i trailerów, plakatów i innych szajsów pewnie z pierdyliard przegapiłem. W Waszych głowach pojawiają się zapewne myśli w stylu: "Chyba Wikingowi ktoś zbyt mocno przywalił toporem", "Co ten gość bierze? Bo chyba wikińskie zioła lecznicze zbyt mocno mu mózg wyżarły", "O co chodzi, bo jestem tu pierwszy raz". Ale tak, dobrze widzicie, oto przed Wami recenzja nowego filmu z serii "Transporter"...






Ale jaki "Transporter" jak tu Jasona brakuje? Ano właśnie. Twórcy wywołali spore kontrowersje zatrudniając jakiegoś kasztaniucha z nudnego i przereklamowanego serialu stacji Ejcz Bi Joł zatytułowanego "Gra o Zrobienie Ludziom Wody Z Mózgu, Iż Jest To Najlepsze Serial W Historii". Co więcej - postanowili nie zmieniać imienia i nazwiska głównego bohatera opowieści, zatem i Statham i Skrein grają tą samą postać! W tym miejscu powinniśmy skończyć, zebrać się, dokonać inwazji na chaty wszystkich twórców i sprawić im w prezencie krwawego orła. Ale jako, że jestem Wikingiem o usposobieniu pokojowym, postanowiłem dać szansę Bessonowi i innym i ten film obejrzeć na wielkim ekranie i to nie dlatego, że kiedyś pan Więckiewicz rzekł mi w reklamie, że fajno jest wspierać legalną kulturę. Po prostu, po ostatnich, dość zabieganych, dniach, miesiącach, latach, wiekach i tysiącleciach postanowiłem pójść do kina się odmóżdżyć - a co gwarantuje lepsze odmóżdżenie niż Audi s8 (niestety nie zapłacili mi za tę reklamę), które w pojedynkę dewastuje Lazurowe Wybrzeże i zabija złych panów chcących zrobić coś złego tym dobrym?






Oto zatem przed nami kudłaty Frank Martin, który ma kudłatego ojca Franka Martina Seniora oraz kilka pojazdów marki Audi. No i ma komórkę, której nie odbiera w czasie jazdy, mimo, iż posiada zestaw słuchawkowy. Potem jednak siedząc z ojczulkiem w swojej hacjendzie i wcinajac rosół i schabowego (jak w każdą niedzielę) fołna odebrać już może i co w nim słyszy? To samo co słyszał zawsze Dżejson: "Czy to pan Transporter?". Prawdziwy Polak odłożyłby telefon i dokończył obiadek, ale nie nasz Franku - ten mówi, że tak, że zgarnia misję, że wymyje swoje s8 i przyjedzie strzelić misję. No i siema, no i cześć, bo potem scenariusz wygląda następująco: s8, s8, s8, s8, s8, rozmowa, s8, s8, s8, s8, s8, rozpierducha, s8, s8, s8, s8, porwany ojczulek, s8, s8, s8, s8, rozpierducha, s8, s8, s8, ładny widoczek i już napisy końcowe. Bo tak naprawdę głównym bohaterem tej opowieści nie jest jakiś Frank Martin, a Audi s8, które na ekranie jest częściej niż papież w czasie niedzielnego "Anioł Pański". "Transporter: Nowa Moc" to po prostu najdroższa reklama samochodu w historii. Ale czy tylko samochodu? To przecież piękne dzieło sztuki, dowód na boskość istot ludzkich i coś o czym marzy każdy facet (no dobra, nie każdy, ci inni wolą torebki :P). Co więcej - mi to ABSOLUTNIE NIE PRZESZKADZA! O tym dlaczego, to za momencik. Ponapawajmy się jeszcze widokiem tego cudnego pojazdu:






No dobra, do rzeczy. Owszem, s8, jest przecudne i przewspaniałe, ale dlaczego, do jasnej ciasnej, piszesz koleś o tym, a nie o aktorach, fabule i innych pierdołach, które składają się na film - pomyśleli pewnie niektórzy z Was. Bo oto twórcy nowego "Transportera" doszli do wniosku, że i owszem, Skrein był tani i wziął groszową wypłatę w stosunku do Jasona, ale i jego skille nie pozwalają mu na jakiekolwiek wyrażanie emocji. Myśleli, myśleli i wymyślili. Niech to Audi będzie głównym bohaterem, a Edzio niech mu tylko towarzyszy - eureka i pomysł gotowy. Potem poszli na piwo i dopisali historię. Ale, że to Francja i piwo jest tam kijowe, to wrócili trzeźwi i upichcili, o dziwo, całkiem niezłą historyjkę. Ba, dodali nawet zwroty akcji. Podobno. Tak, czy siak, fabuła wcale nie schodzi na dwudziesty ósmy plan i wprawiając mnie tym w osłupienie da się ją w filmie zauważyć. Jest konflikt, są femme fatale, są pościgi, są strzelaniny, jest śmieszny ojczulek Bond, jest s8, są różne ładne miejscówki, jest s8, są fajne suchary i jest s8. Tak, ten scenariusz, w przeciwieństwie do miliarda poprzednich, Bessonowi się udało. A może udał się tym dwóm innym ziomkom, którzy tę historię współtworzyli? Nieważne, grunt, że nie powoduje to bólu zębów i chęci uduszenia twórcy "Piątego Elementu".






Ano właśnie, pisałem o Edku i myśli dokończyć zapomniałem. Otóż jest on tak drętwy, że w tej kategorii wygrywa nawet z entami z "Władcy Pierścieni". On jest tak drewniany, że jakby był Polakiem, to na potrzeby Węży powstałaby kategoria "Najgorszy aktor w historii" i gwarantuję, że ten ziomek zostawiłby daleko za sobą panią Kurdej-Szatan, pana Szyca, pana Karolaka i innych naszych asów aktorstwa. Czasem aż zastanawiałem się, jak można wyrażać smutek, wściekłość i radość tą samą miną - ale nie doszedłem do konkluzji, zatem pewnie jestem zbyt głupi na zrozumienie mocy twarzy tego kolesia. Na szczęście partneruje mu Aud... znaczy Ray Stevenson, który aktorem jest wyśmienitym i tym filmem jedynie to potwierdza. Wszystkie sceny z jego udziałem są popisem jego kunsztu i wszystkie te sceny stanowią o sile tej produkcji. Bo Ray ma dystans do siebie i potrafi to w genialny sposób okazać. Kibicujemy mu, by przypadkiem jakiś zły koleś nie zrobił mu kuku i mamy zaciesz z każdego zdania, które wypowiada. Absolutna aktorska petarda i najjaśniejszy punkt obsady. Mamy też wspomnianą panią femme fatale, której misterny plan jest tak misterny, iż nawet najstarsi Indianie (lub enty) nie pamiętają tak skomplikowanego planu zemsty. Po co podejść do kolesia i strzelić mu z pistolca w bańkę, skoro, jak się potem okazuje na jego łajbę pani ta może dostać się bez problemów, a ów zły pan nawet nie krępuje jej rąk, by mu kuku nie zrobiła. Lepiej jest zaangażować w swoją intrygę pana niełysego Transportera, jego ojczulka, jakiś innych złych kolesi, jakieś kobietki, jakiś policjantów, jakąś truciznę i s8. Się kobitka naprawdę zirytowała faktem, iż zły pan był dla niej niezbyt miły. Pamiętajcie panowie - jeśli Wasza dziewoja ma dużo peruk, a Wy jej podpadniecie, to w zemście na Was wezmą udział sąsiedzi, eskimosi, teletubisie i fiat multipla. Brrr, aż mnie ciary na myśl o tym ostatnim przeszły. Bądźcie mili, tak jak powinniście być zawsze. I o dziwo, wybaczamy jej tą misterną intrygę, bo pani Loan Chabanol, która ją gra, wypada na ekranie bardzo przyjemnie. W każdym razie, jej mimika nie ogranicza się do jednego wyrazu twarzy i jestem nawet w stanie napisać, iż tak ciekawej femme fatale w ciągu ostatnich dwóch lat na ekranie nie widziałem. Owszem, nie jest to jakiś ultrapopis aktorstwa, ale Loan wypada na ekranie bardzo przekonująco. No i pozostał nam już tylko czarny charakter. Znaczy nie, to nie historia teatralna i na ekranie nie pojawia się tylko czterech bohaterów. Są i inni, ale po co o nich pisać skoro albo służą za gadające manekiny albo za worki treningowe? Zatem wracając - główny czarny charakter jest niedobry, bo robi z dziewczynek prostytutki i podpadł kiedyś, za czasów komandosowania, naszemu Frankowi. Tak, bo wszyscy tu wszystkich znają i wszyscy mają do siebie jakieś wąty. Główny worek treningowy jest oczywiście Ruskiem i oczywiście gada ze śmiesznym akcentem - może faktycznie istnieje jakieś miasto w Rosji, gdzie tak gadają? Bo i po co w każdym filmie Ruscy gadaliby z tym takim przeciąganiem słów? W każdym razie nasz główny zły tak gada, ale, że jest też tak zły, że zasługuje na łomot, to i łomot dostać musi. Po co mu zatem skill aktorski? Z tego założenia wyszli też twórcy filmu - Radivoje Bukvic udaje zatem twardziela przez cały film tylko po to, by ktoś spuścił mu manto. Ale robi to, jak na swoje umiejętności, i tak całkiem dobrze. Choć pewnie zauważyłem to tylko dlatego, że Skrein jest takim drewnem. Ogólnie jednak zbyt mocno narzekać nie można - jak na tego typu film, aktorzy i tak się sprawdzili. Prócz Edzia, który jest jaki jest...






Do kina poszedłem jednak nie po to, by aktorzy szpanowali grą a'la z teatrów szekspirowskich, a po to, by się dobrze bawić. A bawiłem się nie tyle dobrze, co kapitalnie! Akcja gna do przodu na złamanie karku, pościgów, strzelanin i zadym jest tu od groma, a poziom przegięcia pały sięga... przegięcia pały. A wszystko to zostało zrealizowane w sposób mistrzowski. Walki wyglądają kapitalnie - choreografia została przygotowana wręcz genialnie. Łup, bach, łup, haja, łup - Frank przedziera się przez tabuny wrogów w epickim stylu. Jest i sloł moł i efekciarska kamera - oj tak, walki są niesamowite. Do tego dochodzą absolutnie cudowne sceny z Audi s8 - pościgi zrealizowano wręcz bajecznie. I to nie dlatego, że są tak nierealne, a dlatego, że wyglądają tak miodnie. Scena pościgu po wyjściu z banku, czy sceny na lotnisku po prostu miażdżą systemos. Adrenalina aż wylewa się z ekranu! Co prawda francuska policja znowu musi kupić miliard radiowozów, ale cóż zrobić...






No i tu dochodzimy do zdjęć. Bez ich efekciarstwa ten film nic by nie znaczył i byłby pokraką godną "Obcego Ciała" Zanussiego. Christophe Collette stworzył małe arcydzieło. Obroty kamery, kamera "z lotu ptaka", kamera z maski Audi, kamera sprzed Audi, ujęcie końcowe - majstersztyk. To jedne z najlepszych filmowych zdjęć jakie widziałem w tym roku!







Na koniec pozostaje nam niby zbyteczny, jak na tego typu film, element układanki, czyli muzyka. Tu zaskoczenia nie ma - z głośników wydobywa się głupia łupawka, której po prostu nie dałoby się słuchać poza kinem. Ale, o dziwo, do ekranowych wydarzeń pasuje idealnie i fajnie uzupełnia rozpędzone tempo produkcji.







Czy zatem warto udać się do kina na "Transporter: Nowa Moc"? Jeśli macie ochotę na efekciarską, choć głupią, rozrywkę, w której główną rolę gra samochód, a partneruje mu ultrasztywniak, to kupujcie bilety już teraz. Jeśli jednak od kina oczekujecie zadumy, powagi i użycia mózgu, to pewnie nawet "Transportera" nie znacie. Ja, jako fanatyk serii, wyszedłem z kina z bananem na twarzy - bo pomimo tego, iż nie jest to produkcja bardzo dobra, to swoje założenia spełnia w należytym stopniu. Frank Martin powrócił i choć nie jest łysy, dalej potrafi porządnie skopać dupska frajerów, którzy postanowili z nim zadrzeć.





Ocena:

7,5/10