sobota, 1 kwietnia 2017

Podsumowanie marcowych grabieży




Słonko świeci sobie z dala, w górze ptaszek zap... suwa, żaba d... zadek w wodzie moczy, ku... rczę co za dzień uroczy! Piękna pogoda nas, w końcu, nawiedziła! Krótkie rękawki czas odkurzyć - żartowałem, cały czas mam krótki rękaw. Bo tak. Zatem co zmienia ta ładna pogoda w naszym życiu? A no to, że jest ciepło i można... a w sumie nie wiem, co chciałem napisać, pewnie jakieś standardowe bzdety. Bo tak. Dziś rozdanie Węży - ponoć ma być transmisja. W tym roku, po raz kolejny, brałem udział we wszystkich częściach głosowania i mam nadzieje, że werdykt będzie po mojej myśli. Bo tak. Zatem może czas przejść do podsumowania. Bo tak.


piątek, 24 marca 2017

Czy chcecie zobaczyć to łóżko w płomieniach?




Nie, nie mam zamiaru nagrywać filmiku, w którym podpalam swoje łóżko. Choć sądzę, że oni by mogli. I wszyscy byliby zachwyceni. Kim są oni? Po co zadaję to głupie pytanie, skoro widzicie powyższy obrazek... Ehhh, godziny poranne, stres i człowiek nie myśli. Czy jest ktoś, komu w ogóle trzeba ich przedstawiać? No, dobra, pewnie jest, zatem mogę coś skrobnąć.




Rammstein powstał w 1994, nigdy nie zmienili składu i od początku kariery wszystkie (nie licząc drobniuteńkich wyjątków) ich teksty są po niemiecku. Większość (czytaj: 99,9%) artystów chcących zrobić międzynarodową karierę przerzuca się z automatu na język mas, czyli angielski. Nie oni. I jak na tym wyszli? Patrząc na miliony sprzedanych płyt, miliony na koncertach, miliony fanów i na to, że na ich widok srają frajerzy z Metalliki (odwołali trasę po USA, gdy dowiedzieli się, że ich konkurencją będzie wtedy R+), to chyba bardzo dobrze. Zresztą nie ukrywajmy - czy miękki angielski pasowałby do tekstów, a przede wszystkim, do muzyki prezentowanej nam przez Rammstein? Nie, brzmiałoby to po prostu mięczacko. A tak mocny wokal w połączeniu z marszowymi wręcz czasem grzmotami łączy się w relację perfekcyjną. Dobra, kto ich nie lubi, po tym tekście i tak ich nie polubi, zatem czas przejść do dania głównego. Choć akurat i "danie" ma z nimi chyba zbyt wiele wspólnego.




"Rammstein: Paris" trudno uznać za zwykły zapis koncertu. Ten odbył się w, uwaga, w życiu byście nie zgadli, Paryżu i to w 2012 roku (w ramach trasy "Made in Germany"). Dlaczego nie można uznać tego za zwykły zapis koncertu? A no bo, całość wyreżyserował sam Jonas Åkerlund, człowiek specyficzny i idealnie czujący siłę tego zespołu. To on wywołał skandal będąc reżyserem klipu do "Pussy", to on stworzył fenomenalny teledysk do "Mein Land". A co się stało, kiedy powierzono mu stworzenie zapisu z koncertu?




Stało się to, czego można się było spodziewać. Powstało absolutne arcydzieło, film, którego nie da się opisać słowami. Już po pierwszych riffach miałem muzyczny orgazm, a moje uszy spłodziły chyba ze sobą dziecko (choć liczę na dwa, to chociaż pięć set plus zapojka wpadnie). To jest po prostu nieziemskie. Aaaa, miało być, dlaczego nie można tego uznać za zwykły zapis koncertu. Bo pan Jonas postanowił zabawić się w maga i utrzeć nosa Siergiejowi Eisensteinowi na nowo definiując pojęcie montażu. To, czego jesteśmy świadkami, po prostu zapiera dech w piersiach. Kilkadziesiąt kamer, dynamika, montaż w rytm gitar, perkusji albo wokalu, szybko, czasem cholernie szybko, przeskakujące obrazy, standardowe (jak na R+ oczywiście) efekty pirotechniczne, no i ta genialna muzyka. Jak to w ogóle Wam opisać? Ludzie, którzy tworzyli nasz język nie wymyślili słów, które w odpowiedni sposób byłyby w stanie opisać to, co widzimy na ekranie. Tu KAŻDY, podkreślam KAŻDY, kadr mógłby stać się tapetą na moim kompie (a na to naprawdę trzeba zasłużyć!) - Jonas jesteś, do jasnej cholery, szalony! Powiem Wam tak - jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, każde ujęcie jest bardziej dopracowane niż cokolwiek do tej pory. Nawet Ty, drogi Czytelniku, nie jesteś tak dopracowany. Na heheszki mi się wzięło, bo nie miałem porównania. Reżyser spowodował, że od ekranu nie można oderwać wzroku, bo akurat może nam umknąć kolejny, majestatyczny kadr, który zgwałci Wasze oczy perfekcją. 




Jakich chwytów używa w tym celu Åkerlund? Niby prostych. Kamery są zamontowane praktycznie wszędzie, reżyser poskładał ujęcia tak, że widzimy absolutnie wszystko, co chcielibyśmy zobaczyć. Niby wiele koncertów może się już pochwalić pierdyliardem kamer - ot choćby wspaniałe "Live at River Plate" AC/DC. Ale nikt, absolutnie nikt, nie może pochwalić się taką szybkością kadrów, taką perfekcją i poetyckością dzieła. Tak, jak pisałem - każde ujęcie dopasowane jest do muzyki. Najlepiej widać to w czasie klasycznych utworów kapeli takich jak "Du Hast" czy "Mein Teil". Co tam się dzieje na ekranie! Gwałtowne zmiany obrazu, szybkie przeskoki między członkami zespołu, niesamowite filtry i... efekty specjalne! Tak, Åkerlund postanowił dodać od siebie kapitalnie wmontowane w całość efekty komputerowe. Jakie? Sami się przekonajcie. Trolling taki. Powiem Wam - będziecie zdziwieni. Najlepsze zostawiłem jednak na koniec. Spytacie: kurna, koleś, zachwycasz się nie wiemy czym, bo Twój tekst jest chaotyczny, a teraz masz coś jeszcze? Tak, mam. Slow-motion. Reżyser, w czasie większości utworów, postanowił stworzyć nie tylko na maxa dynamiczne kadry, ale i takie, które są na maxa wolne. Flake w kombinezonie w petardami, Till kręcący łukiem z petardami... Kurna, ależ to wygląda w slow-motion! Nie wiem, czy wtedy oddychałem - chyba tak, bo jednak dziś żyję. Zwolnione tempo robi w tym filmie piorunujące wrażenie. Zastosowano je w odpowiednim momencie, nie ma go za dużo, a jak jest, to mamy ochotę krzyczeć z radości - tak to się robi, panie Snyder!




Oczywiście nie mogło też zabraknąć tego, z czego Rammstein, uczynili znak firmowy. PIROTECHNIKA. Kto był na trasie "Made in Germany" lub oglądał jej zapiski, wie czego się spodziewać. Aaaa, już wspominałem wcześniej o pirotechnice. Chaos straszny dziś, ale tego filmu naprawdę nie da się inaczej opisać. Wracając. Wybucha wszystko, płonie wszystko, jaramy się i my. Ogień to znak rozpoznawczy kapeli, a Åkerlund idealnie to ukazał. Płonące gitary (ciągle nie mogę się temu nadziwić), płonące mikrofony, płonący kocioł z Flake'iem w środku, płonące maski, płomienie na scenie, płonienie wokół Tilla, do tego płonące skrzydła i inne, liczne wybuchy. Koncerty Rammstein to bezsprzecznie najbardziej efektowne koncerty świata. A mając do dyspozycji szalonego Jonasa wiedzcie, że nigdy z lepszej perspektywy tego nie zobaczycie. Ba, z lepszej perspektywy nie widzą tego nawet członkowie kapeli. Åkerlund ukazuje każdy detal, najmniejszy nawet wybuch i potrafi użyć montażu tak, by wszystko było jeszcze idealnie zgrane z innymi kadrami i muzyką. Absolutna perfekcja. 




A jak z setlistą? Cóż, w stosunku do nadchodzących wydań DVD/Blu-Ray, wycięto pięć utworów, jednak kwintesencja zespołu pozostała. Od nieśmiertelnego "Du Hast, poprzez wybuchowe "Feuer Frei", aż na... "Frühling in Paris" kończąc (w filmie to utwór po napisach). I w zasadzie tylko ten ostatni jest niespodzianką, kawałkiem, który został zagrany jedynie w Paryżu. W pokazie kinowym nie uświadczyliśmy klasyków w postaci utworów "America" czy "Links 2, 3, 4", ale w wydaniach "domowych" będą już one na setliście. Całość trwała przeszło 90 minut, jednak w ogóle tego się nie dało odczuć. To było na zasadzie: "ooo, to już koniec?!". Ale przy perfekcyjnej muzyce, która została na dodatek zaprezentowana w tak perfekcyjny sposób, czas mija szybko. Zbyt szybko. Bo ten film można by oglądać i oglądać. CO ZA DZIEŁO! Wszystkie koncerty Rammstein, które wydano oficjalnie zawsze były perfekcyjne. To, co stworzył jednak Åkerlund przechodzi wszelkie pojęcie. Żaden inny zespół ani przed ani zapewne po nie doczeka się czegoś tak spektakularnego. Sława Rammstein! Sława Jonasowi! A Wam i sobie zalecam jedno: kiedy film ten trafi na DVD/Blu-Ray (mówi się o połowie maja) nie zastanawiajmy się, lećmy do sklepów i kupujmy. "Rammstein: Paris" jest warte każdy pieniędzy!







środa, 1 marca 2017

Podsumowanie lutowych najazdów




Dorobiłem się, W KOŃCU, karty UNLIMITED w sieci Cinema City - w tym miejscu muszę podziękować dziewczynom z IN LOVE WITH MOVIE, które jako pierwsze wynalazek ten posiadły i ostatecznie przekonały mnie, iż to kapitalna inwestycja. Bo tak jest. Mogę chodzić na co chcę, kiedy chcę i to za śmieszne 42 zyta miesięcznie - jeśli kupowałbym bilety w kasie starczyłoby mi na jeden, ostatecznie dwa. A, że oglądam, lekko mówiąc, sporo filmów, to nie zdziwcie się, jak Cinema City ogłosi upadłość - puszczę ich z torbami :D Nie waham się teraz, czy wydać pieniądze czy nie, po prostu idę do kina. Absolutnie cudowna sprawa. Kto nie ma lub się jeszcze waha - zamawiajcie! Ja się w tym programie zakochałem! No dobra, koniec reklamy, za którą nikt mi i tak nie zapłaci - czas przejść do podsumowania!


Trzy epickie trailery w jednym miejscu!


"Strażnicy Galaktyki 2"






"Obcy: Przymierze"






"Kong: Wyspa Czaszki"











poniedziałek, 6 lutego 2017

Superbowlowe spoty - wybór subiektywny


W czasie, gdy cała Ameryka ogląda sport, którego nikt nie rozumie, my mamy szansę obejrzeć w tym czasie najnowsze spoty do najbardziej wyczekiwanych filmów. Ale, jako, że wycieka ich sporo, to ja, Wasz kochany Wiking, wybrałem dla Was te najlepsze. Oto i one:




"Strażnicy Galaktyki 2"





"Szybcy i Wściekli 8"





"Logan"






"Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara" 
(też jestem w szoku, że to tu umieszczam - ale spot naprawdę niezły)









niedziela, 5 lutego 2017

Czy można stworzyć rafę koralową za pomocą... samochodu?




Kiedy świat obiegła informacja, iż BBC zawiesza współpracę z Jeremym Clarksonem, wszyscy byliśmy w szoku. Ale jak to? Że go zwalniają? Co z "Top Gear"? Oczywiście, postępowania słynnego prezentera, który zrugał i uderzył producenta za to, iż po całym dniu ciężkich nagrań nie dostał ciepłego posiłku, nie można bronić. Polityka BBC nie pozwoliła jednak na przeprosiny i jakąś rekompensatę  - Clarkson wyleciał ze stacji. W tym momencie, honorowo zachowali się jego dwaj koledzy, James May i Richard Hammond, którzy rozwiązali swoje kontrakty ze stacją. Cała trójka wylądowała na bezrobociu, jednak jednego mogliśmy być pewni: długo na nim nie posiedzą, bo największe stacje telewizyjne i internetowe będą o nich walczyć.




Starcie wygrało Amazon Prime i trzeba przyznać, iż była to najlepsza decyzja tej platformy. Przeznaczając na "The Grand Tour", bo tak miał nazywać się następca "Top Gear", olbrzymie środki finansowe, dając swobodę twórczą kultowej trójce, doprowadzili do tego, iż za programem BBC już nikt nie tęskni - umarł król, niech żyje król.






Zanim jednak mogliśmy delektować się nowym programem Clarksona, Hammonda i Maya, mieliśmy poznać nową odsłonę "Top Gear", którą prowadzić mieli "pan Przyjaciel" Matt LeBlanc oraz wkurzający rudzielec. Tak, jak się można było tego spodziewać - nowa odsłona kultowego programu okazała się klapą na całej linii: drętwy Matt, niesamowicie irytujący Evans i kilku innych prowadzących, nie udźwignęli sławy szlagieru BBC. Powstał chłam, który z przyjemnością oglądają chyba tylko masochiści. Tak wymuszonych żartów, to nawet w "Familiadzie" nie ma. Przez tę wtopę BBC, oczekiwania wobec "The Grand Tour" urosły niesamowicie.





Teraz, po trzynastu tygodniach przygód Clarksona, Maya i Hammonda, mogę stwierdzić jedno - powrócili oni w jeszcze lepszej formie. Moje cotygodniowe salwy śmiechu słychać było zapewne nawet w Sydney, a emocje, jakich dostarczył program, trudno nawet opisać. Ale po kolei.




Formuła programu nie uległa zbyt wielkim zmianom - owszem, prawa do Stiga oraz "gwiazd w samochodzie za rozsądna cenę", pozostały w BBC, jednak niepokorna trójka znalazła i na to sposób. Nowym kierowcą w programie został Mike 'The American' Skinner i powiedzmy to sobie szczerze: jest najsłabszym elementem całości. Jego nudne teksty o tym, że wszystko jest "komunistyczne", a każdy testowany samochód ma za mało mocy, strasznie irytują. Plusem jest to, że chłop nie pojawia się w każdym odcinku i można od niego odpocząć. Mam nadzieję, że w kolejnej serii zostanie on zastąpiony kimś śmieszniejszym, jednak patrząc na to, że Amazon jest amerykański, a Skinner ma status kultowego kierowcy NASCAR, raczej nie można na to liczyć. Szkoda, bo nowy tor, nazwany EBOLADROME, zasługuje na osobnika z jajem, który nie tylko fajnie kwituje pozytywy i wady samochodu, ale i niespodzianki, które może zastać na drodze. Sama trasa bardzo mi się podoba - jest o wiele trudniejsza niż ta z "Top Gear" i wymaga od kierowcy większej atencji. Ależ by było idealnie, jakby za kółkiem ponownie, tym razem bez białego stroju, zasiadł Ben Collins - facet jest do tego stworzony. Oprócz wykreowania nowego toru i znalezienia następcy Stiga, twórcy programu musieli sobie poradzić również z tym, iż za kółkiem nie mogły zasiadać gwiazdy - prawa do takich "wydarzeń" zostały w BBC. Stąd pomysł na "Celebrity Brain Crash". Większość widzów ten element programu irytuje - ot, co tydzień "zabijana" jest nowa gwiazda ("śmierć" spotkała chociażby Charlize Theron czy Jeremy'iego Rennera). Mi się to zaś strasznie podoba. Fajna, głupia odskocznia od rozmów z celebrytami, którzy, dość często, wypadali bardzo blado na tle genialnego Clarksona - błyskotliwość nie była ich mocną stroną. Stąd pomysł, by seryjnie ginęli w zaaranżowanych sytuacjach, przypadł mi do gustu. Oni pokazują do siebie dystans, my się śmiejemy. I jeszcze to kultowe pytanie Jamesa: "Czy to oznacza, że nie przyjdzie?". Ten element trafia, bezsprzecznie, na listę pozytywów.




Bo i w sumie, prócz "Amerykanina", program ten nie ma wad. To stary, dobry "Top Gear", tylko, że ze zdecydowanie większym budżetem. Widać to na każdym kroku. Najlepszy przykład? Odcinek dziewiąty. Hammond twierdzi, że fajnie jest być prepperesem - uzdatnia sobie zatem Volkswagena, by móc przetrwać w czasie apokalipsy. Co robią jego serdeczni koledzy? Oczywiście - rozwalają wehikuł strzelając do niego z karabinu snajperskiego. Kolejne próby kończą się tym, iż nowe wcielenia pojazdu Hammonda niszczone są przez czołg oraz... niszczyciel HMS Richmond. Tanie to to nie było, ale efekt jest kapitalny. Podobnie rzecz ma się, kiedy nasza trójka postanawia zbudować... rafę koralową. Za pomocą zdezelowanych aut. Oczywiście, większość ich prób kończy się katastrofą (jak choćby rozwaleniem plaży, kilkudziesięciu leżaków, czy małego statku), jednak finalnie udaje im się umieścić samochód w ustalonym miejscu - czy stworzy się w nim nowa rafa koralowa? Przekonamy się za kilkadziesiąt lat. Kto, jak nie oni, mógłby też wpaść na pomysł, by grać w "statki" za pomocą dźwigów i starych gruchotów? Oczywiście, by wszystko było jeszcze bardziej efektowne, w samochodach, które udają "statki" umieszczono ładunki wybuchowe. Reva G-Wiz idealnie nadaje się na "pocisk", stąd ulepszona wersja kultowej gry naprawdę przynosi wiele śmiechu i emocji.




Nie mogło również zabraknąć odcinka specjalnego - tym razem panowie wybrali się do Namibii, gdzie mocno zmodyfikowanymi Volkswagenami Beetle (na wzór stareńkich "beach buggy") mieli do przejechania cały kraj. Oprócz tego, że potwierdza się fakt, iż żadnemu z nich nie można ufać, jeśli chodzi o nawigację w terenie, dowiadujemy się również, iż nie jest za fajnie obudzić się na wysokości oraz tego, że można w samochodach tropić kłusowników, których oczywiście się nie znajduje. Namibia zapiera jednak dech w piersiach. Piękne krajobrazy, różne scenerie, a to wszystko niesamowicie sfilmowane - "The Grand Tour" zrobił temu krajowi olbrzymią reklamę. No chyba, że akurat utkniecie w samochodzie, na plaży, gdy zbliża się przypływ - wtedy może być gorzej ;)




Zapomniałem dodać, iż tym razem, Clarkson, May i Hammond nie nadają ze stacjonarnego studia - programy nadawane są z namiotów, które lokowane są w różnych częściach globu. I tak, "The Grand Tour" gości choćby w Szkocji, RPA, czy w Niemczech. Na razie nie zawitał do Polski - ale patrząc na to, jak w naszym kraju witano trzech prezenterów, gdy przyjechali ze swoim show na Stadion Narodowy, pozostaje to raczej tylko kwestią czasu (zwłaszcza, że Amazon Prime od jakiegoś czasu jest już dostępny w naszym kraju). Pomysł z ukazywaniem różnych narodowości i "nabijanie" się z różnych kultur jest kapitalny (Murray jest Brytyjczykiem, nie Szkotem! :D) i stanowi powiew świeżości w stosunku do tego, jak odbywały się krótkie rozmowy w "Top Gear". A wygadać panowie mogą się dodatkowo w "Conversation Street" (kapitalne intro!). No i tu już pojawia się to, co w teorii, powinno być najważniejsze - samochody.





Nie ukrywajmy - zdecydowana większość ludzi nie oglądała "Top Gear" ze względu na testy nowych samochodów, a ze względu na trójkę prowadzących. Chemia, jaka między nimi istnieje, ich charyzma, ostry humor, powodowały, iż program przyciągał przed ekrany każdego, niezależnie od tego, ile miał lat, czy znał się na samochodach czy nie. W "The Grand Tour" jest podobnie. Jest jednak pewna różnica - w programie, o wiele więcej miejsca poświęca się testom samochodów. Alfa Romeo Giulia Quadrifoglio, Lexus GS F, Abarth 124 Spider, Honda NSX - recenzji najnowszych pojazdów jest naprawdę sporo, co teoretycznie może odstraszyć osoby, które tym się kompletnie nie interesują. Jednak, czy odstraszy? Poczucie humoru, rewelacyjne puenty, kapitalne ujęcia rozpędzonych maszyn powinny spowodować, iż nawet osoby niezainteresowane tematem, będą się rewelacyjnie bawić (tak, wiem, nie wszyscy - prawda Agata? :D). Trochę zabrakło mi w tym jednak kultowych materiałów, w których prezenterzy dostawali po kilka tysięcy funtów, by nabyć stary samochód i coś udowodnić. W "The Grand Tour" mamy jeden taki duży segment - Clarkson, May i Hammond otrzymują po 8000 funtów, by udowodnić, że stare Maserati mają duszę i mogą rywalizować ze współczesnymi samochodami. Jak to się kończy? Tak, że James jedzie ze złamaną ręką, auto Clarksona non-stop się psuje, a Hammond gubi drogę wśród kontenerów. Czyli dla nich: dzień jak co dzień. Seria zwieńczona zostaje wielkim wyścigiem między Bugatti Veyronem a Porsche 918 Spyder o tytuł najszybszego, seryjnie produkowanego samochodu. Wszystko byłoby git, gdyby do rywalizacji nie dołączył... Nissan Patrol.




"The Grand Tour" to odświeżona, zdecydowanie bardziej dofinansowana wersja "Top Gear". Trzech, niezbyt wysportowanych, coraz starszych prezenterów, wciąż bawi do łez, a każdy kolejny materiał powoduje, iż śmiech nie schodzi nam z ust. Wszystko to zostało dodatkowo sfilmowane przy użyciu większej ilości kamer, przez co zdjęcia naprawdę zapierają dech w piersiach. Co tu można jeszcze dodać? Amazon Prime ma w rękach prawdziwą perełkę i mam nadzieję, iż będą na nią chuchać i dmuchać tak, by my, widzowie, wciąż bylibyśmy zachwyceni wyczynami najbardziej znanych prezenterów w historii. Niech żyją Clarkson, May i Hammond! NIECH ŻYJĄ!





wtorek, 31 stycznia 2017

Podsumowanie styczniowych najazdów




We wstępie zawsze lubię udawać zabawnego. Po co? Dlaczego? Tego, w sumie, nie wiem. Ale tradycję trzeba podtrzymać, dlatego ten wstępniak będzie... nie wiadomo o czym. Piszę to wszystko z miejsca, nie mam kompletnie pomysłu, co tu skrobnąć, a jednocześnie nie chce mi się pisać dalej, zatem co by tu wymóżdżyć? Ładna pogoda? Nie. Fajne filmy? Nie wiem. Lagertha żyje?  Żyje. Co słychać? Nic. Po co wstępniak? Bo tak. Aaa, robię pranie. I zastanawiam się, gdzie zjeść pizzę. Spoko, oryginalny wstępniak, ziąąą. Wiem, ziąąą. To może filmy? To filmy.