poniedziałek, 6 lutego 2017

Superbowlowe spoty - wybór subiektywny


W czasie, gdy cała Ameryka ogląda sport, którego nikt nie rozumie, my mamy szansę obejrzeć w tym czasie najnowsze spoty do najbardziej wyczekiwanych filmów. Ale, jako, że wycieka ich sporo, to ja, Wasz kochany Wiking, wybrałem dla Was te najlepsze. Oto i one:




"Strażnicy Galaktyki 2"





"Szybcy i Wściekli 8"





"Logan"






"Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara" 
(też jestem w szoku, że to tu umieszczam - ale spot naprawdę niezły)









niedziela, 5 lutego 2017

Czy można stworzyć rafę koralową za pomocą... samochodu?




Kiedy świat obiegła informacja, iż BBC zawiesza współpracę z Jeremym Clarksonem, wszyscy byliśmy w szoku. Ale jak to? Że go zwalniają? Co z "Top Gear"? Oczywiście, postępowania słynnego prezentera, który zrugał i uderzył producenta za to, iż po całym dniu ciężkich nagrań nie dostał ciepłego posiłku, nie można bronić. Polityka BBC nie pozwoliła jednak na przeprosiny i jakąś rekompensatę  - Clarkson wyleciał ze stacji. W tym momencie, honorowo zachowali się jego dwaj koledzy, James May i Richard Hammond, którzy rozwiązali swoje kontrakty ze stacją. Cała trójka wylądowała na bezrobociu, jednak jednego mogliśmy być pewni: długo na nim nie posiedzą, bo największe stacje telewizyjne i internetowe będą o nich walczyć.




Starcie wygrało Amazon Prime i trzeba przyznać, iż była to najlepsza decyzja tej platformy. Przeznaczając na "The Grand Tour", bo tak miał nazywać się następca "Top Gear", olbrzymie środki finansowe, dając swobodę twórczą kultowej trójce, doprowadzili do tego, iż za programem BBC już nikt nie tęskni - umarł król, niech żyje król.






Zanim jednak mogliśmy delektować się nowym programem Clarksona, Hammonda i Maya, mieliśmy poznać nową odsłonę "Top Gear", którą prowadzić mieli "pan Przyjaciel" Matt LeBlanc oraz wkurzający rudzielec. Tak, jak się można było tego spodziewać - nowa odsłona kultowego programu okazała się klapą na całej linii: drętwy Matt, niesamowicie irytujący Evans i kilku innych prowadzących, nie udźwignęli sławy szlagieru BBC. Powstał chłam, który z przyjemnością oglądają chyba tylko masochiści. Tak wymuszonych żartów, to nawet w "Familiadzie" nie ma. Przez tę wtopę BBC, oczekiwania wobec "The Grand Tour" urosły niesamowicie.





Teraz, po trzynastu tygodniach przygód Clarksona, Maya i Hammonda, mogę stwierdzić jedno - powrócili oni w jeszcze lepszej formie. Moje cotygodniowe salwy śmiechu słychać było zapewne nawet w Sydney, a emocje, jakich dostarczył program, trudno nawet opisać. Ale po kolei.




Formuła programu nie uległa zbyt wielkim zmianom - owszem, prawa do Stiga oraz "gwiazd w samochodzie za rozsądna cenę", pozostały w BBC, jednak niepokorna trójka znalazła i na to sposób. Nowym kierowcą w programie został Mike 'The American' Skinner i powiedzmy to sobie szczerze: jest najsłabszym elementem całości. Jego nudne teksty o tym, że wszystko jest "komunistyczne", a każdy testowany samochód ma za mało mocy, strasznie irytują. Plusem jest to, że chłop nie pojawia się w każdym odcinku i można od niego odpocząć. Mam nadzieję, że w kolejnej serii zostanie on zastąpiony kimś śmieszniejszym, jednak patrząc na to, że Amazon jest amerykański, a Skinner ma status kultowego kierowcy NASCAR, raczej nie można na to liczyć. Szkoda, bo nowy tor, nazwany EBOLADROME, zasługuje na osobnika z jajem, który nie tylko fajnie kwituje pozytywy i wady samochodu, ale i niespodzianki, które może zastać na drodze. Sama trasa bardzo mi się podoba - jest o wiele trudniejsza niż ta z "Top Gear" i wymaga od kierowcy większej atencji. Ależ by było idealnie, jakby za kółkiem ponownie, tym razem bez białego stroju, zasiadł Ben Collins - facet jest do tego stworzony. Oprócz wykreowania nowego toru i znalezienia następcy Stiga, twórcy programu musieli sobie poradzić również z tym, iż za kółkiem nie mogły zasiadać gwiazdy - prawa do takich "wydarzeń" zostały w BBC. Stąd pomysł na "Celebrity Brain Crash". Większość widzów ten element programu irytuje - ot, co tydzień "zabijana" jest nowa gwiazda ("śmierć" spotkała chociażby Charlize Theron czy Jeremy'iego Rennera). Mi się to zaś strasznie podoba. Fajna, głupia odskocznia od rozmów z celebrytami, którzy, dość często, wypadali bardzo blado na tle genialnego Clarksona - błyskotliwość nie była ich mocną stroną. Stąd pomysł, by seryjnie ginęli w zaaranżowanych sytuacjach, przypadł mi do gustu. Oni pokazują do siebie dystans, my się śmiejemy. I jeszcze to kultowe pytanie Jamesa: "Czy to oznacza, że nie przyjdzie?". Ten element trafia, bezsprzecznie, na listę pozytywów.




Bo i w sumie, prócz "Amerykanina", program ten nie ma wad. To stary, dobry "Top Gear", tylko, że ze zdecydowanie większym budżetem. Widać to na każdym kroku. Najlepszy przykład? Odcinek dziewiąty. Hammond twierdzi, że fajnie jest być prepperesem - uzdatnia sobie zatem Volkswagena, by móc przetrwać w czasie apokalipsy. Co robią jego serdeczni koledzy? Oczywiście - rozwalają wehikuł strzelając do niego z karabinu snajperskiego. Kolejne próby kończą się tym, iż nowe wcielenia pojazdu Hammonda niszczone są przez czołg oraz... niszczyciel HMS Richmond. Tanie to to nie było, ale efekt jest kapitalny. Podobnie rzecz ma się, kiedy nasza trójka postanawia zbudować... rafę koralową. Za pomocą zdezelowanych aut. Oczywiście, większość ich prób kończy się katastrofą (jak choćby rozwaleniem plaży, kilkudziesięciu leżaków, czy małego statku), jednak finalnie udaje im się umieścić samochód w ustalonym miejscu - czy stworzy się w nim nowa rafa koralowa? Przekonamy się za kilkadziesiąt lat. Kto, jak nie oni, mógłby też wpaść na pomysł, by grać w "statki" za pomocą dźwigów i starych gruchotów? Oczywiście, by wszystko było jeszcze bardziej efektowne, w samochodach, które udają "statki" umieszczono ładunki wybuchowe. Reva G-Wiz idealnie nadaje się na "pocisk", stąd ulepszona wersja kultowej gry naprawdę przynosi wiele śmiechu i emocji.




Nie mogło również zabraknąć odcinka specjalnego - tym razem panowie wybrali się do Namibii, gdzie mocno zmodyfikowanymi Volkswagenami Beetle (na wzór stareńkich "beach buggy") mieli do przejechania cały kraj. Oprócz tego, że potwierdza się fakt, iż żadnemu z nich nie można ufać, jeśli chodzi o nawigację w terenie, dowiadujemy się również, iż nie jest za fajnie obudzić się na wysokości oraz tego, że można w samochodach tropić kłusowników, których oczywiście się nie znajduje. Namibia zapiera jednak dech w piersiach. Piękne krajobrazy, różne scenerie, a to wszystko niesamowicie sfilmowane - "The Grand Tour" zrobił temu krajowi olbrzymią reklamę. No chyba, że akurat utkniecie w samochodzie, na plaży, gdy zbliża się przypływ - wtedy może być gorzej ;)




Zapomniałem dodać, iż tym razem, Clarkson, May i Hammond nie nadają ze stacjonarnego studia - programy nadawane są z namiotów, które lokowane są w różnych częściach globu. I tak, "The Grand Tour" gości choćby w Szkocji, RPA, czy w Niemczech. Na razie nie zawitał do Polski - ale patrząc na to, jak w naszym kraju witano trzech prezenterów, gdy przyjechali ze swoim show na Stadion Narodowy, pozostaje to raczej tylko kwestią czasu (zwłaszcza, że Amazon Prime od jakiegoś czasu jest już dostępny w naszym kraju). Pomysł z ukazywaniem różnych narodowości i "nabijanie" się z różnych kultur jest kapitalny (Murray jest Brytyjczykiem, nie Szkotem! :D) i stanowi powiew świeżości w stosunku do tego, jak odbywały się krótkie rozmowy w "Top Gear". A wygadać panowie mogą się dodatkowo w "Conversation Street" (kapitalne intro!). No i tu już pojawia się to, co w teorii, powinno być najważniejsze - samochody.





Nie ukrywajmy - zdecydowana większość ludzi nie oglądała "Top Gear" ze względu na testy nowych samochodów, a ze względu na trójkę prowadzących. Chemia, jaka między nimi istnieje, ich charyzma, ostry humor, powodowały, iż program przyciągał przed ekrany każdego, niezależnie od tego, ile miał lat, czy znał się na samochodach czy nie. W "The Grand Tour" jest podobnie. Jest jednak pewna różnica - w programie, o wiele więcej miejsca poświęca się testom samochodów. Alfa Romeo Giulia Quadrifoglio, Lexus GS F, Abarth 124 Spider, Honda NSX - recenzji najnowszych pojazdów jest naprawdę sporo, co teoretycznie może odstraszyć osoby, które tym się kompletnie nie interesują. Jednak, czy odstraszy? Poczucie humoru, rewelacyjne puenty, kapitalne ujęcia rozpędzonych maszyn powinny spowodować, iż nawet osoby niezainteresowane tematem, będą się rewelacyjnie bawić (tak, wiem, nie wszyscy - prawda Agata? :D). Trochę zabrakło mi w tym jednak kultowych materiałów, w których prezenterzy dostawali po kilka tysięcy funtów, by nabyć stary samochód i coś udowodnić. W "The Grand Tour" mamy jeden taki duży segment - Clarkson, May i Hammond otrzymują po 8000 funtów, by udowodnić, że stare Maserati mają duszę i mogą rywalizować ze współczesnymi samochodami. Jak to się kończy? Tak, że James jedzie ze złamaną ręką, auto Clarksona non-stop się psuje, a Hammond gubi drogę wśród kontenerów. Czyli dla nich: dzień jak co dzień. Seria zwieńczona zostaje wielkim wyścigiem między Bugatti Veyronem a Porsche 918 Spyder o tytuł najszybszego, seryjnie produkowanego samochodu. Wszystko byłoby git, gdyby do rywalizacji nie dołączył... Nissan Patrol.




"The Grand Tour" to odświeżona, zdecydowanie bardziej dofinansowana wersja "Top Gear". Trzech, niezbyt wysportowanych, coraz starszych prezenterów, wciąż bawi do łez, a każdy kolejny materiał powoduje, iż śmiech nie schodzi nam z ust. Wszystko to zostało dodatkowo sfilmowane przy użyciu większej ilości kamer, przez co zdjęcia naprawdę zapierają dech w piersiach. Co tu można jeszcze dodać? Amazon Prime ma w rękach prawdziwą perełkę i mam nadzieję, iż będą na nią chuchać i dmuchać tak, by my, widzowie, wciąż bylibyśmy zachwyceni wyczynami najbardziej znanych prezenterów w historii. Niech żyją Clarkson, May i Hammond! NIECH ŻYJĄ!





wtorek, 31 stycznia 2017

Podsumowanie styczniowych najazdów




We wstępie zawsze lubię udawać zabawnego. Po co? Dlaczego? Tego, w sumie, nie wiem. Ale tradycję trzeba podtrzymać, dlatego ten wstępniak będzie... nie wiadomo o czym. Piszę to wszystko z miejsca, nie mam kompletnie pomysłu, co tu skrobnąć, a jednocześnie nie chce mi się pisać dalej, zatem co by tu wymóżdżyć? Ładna pogoda? Nie. Fajne filmy? Nie wiem. Lagertha żyje?  Żyje. Co słychać? Nic. Po co wstępniak? Bo tak. Aaa, robię pranie. I zastanawiam się, gdzie zjeść pizzę. Spoko, oryginalny wstępniak, ziąąą. Wiem, ziąąą. To może filmy? To filmy.



środa, 4 stycznia 2017

Na co czekać w 200017?




W sumie to dobre pytanie.  Niestety, w tym roku dystrybutorzy się nie kwapili, by w miarę szybko ogarnąć światowe (a tym bardziej polskie) daty premier. Stąd poniższa lista zawiera zapewne cholernie wiele luk, które z biegiem czasu będą się wypełniać. Pełnię 2017 roku poznamy zatem 31 grudnia 2017 roku. Nie przeszkodziło mi to jednak w śledztwie, którego celem było sprawdzenie tego, na co wybrać się do kina w bieżącym roku. Oto efekt mojej pracy w kolejności alfabetycznej:


wtorek, 3 stycznia 2017

De Podsómowanje ow 200016




Parę dni temu żywot swój zakończył rok 2016 - dobrze tak gnojowi!  Był to czas plagi u władzy, śmierci i olbrzymiej ilości filmowych rozczarowań. Zdecydowanie nie będę tęsknił - oby rok 2017 był pod tym względem o wiele radośniejszy, weselszy i przyjemniejszy. Ale nie wybiegajmy w przyszłość - premierami kinowymi obecnego już roku zajmę się jutro, kiedy to przygotuję dla Was listę filmów, na które ja, człowiek z północy, najbardziej czekam. Czas rozliczyć rok 2016. Co się zdarzyło w tym czasie w filmie? Które produkcje zdobyły moje serce? A co ważniejsze - które filmy otrzymają moje nagrody (to te nagrody ważniejsze od Oscarów)? Tego dowiecie się z tej notatki. Zapraszam do lektury.


sobota, 31 grudnia 2016

Podsumowanie grudniowych podbojów




Pod barierką stałem dobre 8000 godzin - bez jedzenia, bez picia, bez wychodzenia do miejsca, gdzie król piechotą chadza, bez wsparcia lekarza psychologa. Wszystko po to, by gdy wejdą na scenę, być jak najbliżej. Udało się - kiedy legendarni (spośród Osób, które to czytają, zapewne tylko dla mnie) Amon Amarth przy dźwiękach "Pursuit of the Vikings" zaczęli swoje show, wpadłem w taką ekstazę, że trzyma mnie do dziś (koncert odbył się 8 grudnia w gdańskim klubie B90). Cóż, przy pierwszym utworze prawie wyrwałem barierkę, a potem było tylko lepiej. Co za koncert! Wiecie - jestem jedną z tych osób, które w życiu mogły obcować z największymi gigantami: byłem na muzycznych spektaklach Black Sabbath, AC/DC (w starym składzie, a nie z tym gamoniem z Gansów na wokalu), Deep Purple, widziałem na żywo Manzarka i Kriegera i wiele, wiele innych LEGEND. Jednak to właśnie koncert "wikingów" spowodował, że ciary na moim ciele są do dziś. Ależ to było uderzenie. Przeszło 100 minut show bez ognia, bez gadżetów (prócz Mjollnira na początku "Twilight of the Thunder God") - tu liczyła się muzyka i charyzma sceniczna Szwedów. A ci przeżywają kolejną młodość - biegali po scenie, zamieniali się miejscami, trzymali świetny kontakt z widownią. Widać było, że świetnie się bawią, radują każdą minutą gry dla nas. I radowałem się ja - mogłem, w końcu, zobaczyć na żywo swoich muzycznych herosów, pokrewne dusze. Wspomnienie z tego wydarzenia zostanie ze mną na długo. Ale się patetycznie zrobiło, nie? Zatem, otrzyjcie łezki, bo czas na ostatnie podsumowanie w tym roku! :)

sobota, 10 grudnia 2016