Sława ludzie! No i powróciliśmy. Bogatsi o kolejne kinowe seanse, jak co miesiąc, przygotowaliśmy dla Was podsumowanko. Co nas zachwyciło? Co zgnoiliśmy? Zapraszam do lektury!
W podsumowaniu lipca udział biorą:
1) Agata - IN LOVE WITH MOVIE
2) Ewa - POPKULTURA
3) Madzia - NIECO INNA PANNA M.
4) Monika - IN LOVE WITH MOVIE
5) Moja skromna persona.
"Spider-Man: Daleko od Domu"
Ewa: Dobrze jest na chwilę odetchnąć od ratowania świata, od myślenia o pstryknięciu czy o tym, jakie oczekiwania miał wobec ciebie jeden z najważniejszych superbohaterów. Dobrze jest w takim momencie skupić się na pojechaniu na wycieczkę szkolną i zaplanować z perfekcyjną dokładnością, jak wyznać koleżance, że się ją bardzo lubi. Nowy Spiderman to film, który bardziej kładzie nacisk na elementy obyczajowe niż na te dotyczące supermocy. To film, który potrzebny był zarówno widzom, jak i całemu MCU. W dodatku ma świetną młodą obsadę, nie dzieje się w Stanach Zjednoczonych i Nick Fury wydaje się jakiś inny. Wybitnie dobry element uniwersum.
Madzia: Szłam na ten film nie nastawiając się na zbyt wiele. Oczywiście, czekałam na niego jak na każdy inny film Marvela, jednak już wcześniej nie przepadałam za Spider-Manem w wykonaniu Toma Hollanda. Tutaj wreszcie mnie do siebie przekonał. I tak jak wcześniej uważałam, że Spider-Man w wykonaniu Andrew Garfielda był lepszy i bardziej do mnie przemawiał, tak teraz zdecydowanie zmieniłam zdanie. Tom Holland to najlepszy Spider-Man jakiego mogliśmy dostać, a "Daleko od domu" to najlepszy film o tym superbohaterze. Świetnie napisany, z ciekawym czarnym charakterem i ze świetnymi efektami specjalnymi. Oglądałam go w IMAX-ie i byłam zachwycona. Plus - koniecznie trzeba zostać do samego końca i obejrzeć wszystkie sceny po napisach. Ci, którzy nie obejrzą wszystkich scen po napisach, będą bardzo zaskoczeni przy kolejnych filmach Marvela.
Michał: Mówcie co chcecie, ale dla mnie nie
ma i nie będzie aktora, który lepiej nadaje się na Człeka-Pająka niż Tom
Holland. Koleś jest stworzony do tej kreacji, a Marvel idealnie to
wykorzystuje. „Daleko od domu” rozgrywa się po epickich wydarzeniach z
„Avengers: Endgame” i w genialny sposób kończy kolejną fazę MCU. Najnowszy
„Spider-Man” to efekciarska, niezwykle dowcipna komedia o młodzieży, w której
na pierwszy plan wysuwają się problemy nastolatków, a w tle, choć oczywiście
mocno, widoczna jest kolejna bitwa o losy ludzkości. Watts idealnie łączy
młodsze pokolenie aktorów (wybitne trio Holland-Zendaya-Batalon) ze starszym
(równie epicki pakiet: Jackson-Gyllenhaal-Tomei-Favreau-Starr-Smulders) tworząc
mieszankę wybuchową. Wybuchową jak cała ta, genialna produkcja. Koniecznie
obejrzyjcie ten film w IMAX w 3D – opadła mi kopara, zwłaszcza w scenach… hmmm,
jak to ująć bez spoilerów… gdzie tło jest mocno czarne :D Serio,
mógłbym zbytnio coś zdradzić, a tego nie chcę, nawet pomimo faktu, że już sporo
czasu od premiery minęło. Ten film to przednia, wspaniała rozrywka na najwyższym poziomie!
P.S. OBOWIĄZKOWO obejrzyjcie WSZYSTKIE sceny po napisach – jak ktoś je przeoczy to w przyszłości czeka
go niezły majndfak.
"Midsommar"
Madzia: O Boże! Jaki to jest okropny film! Okrutnie nudny i do tego strasznie długi. Ci, którzy mówią, że film trzyma w napięciu przez całe 2,5 godziny chyba nie widzieli trzymającego w napięciu filmu. Główna bohaterka i jej chłopak są tak irytujący, że od początku ma się nadzieję, że jak najszybciej zginą. Do tego zero horroru w horrorze. Jest kilka scen, które mogą być dla niektórych trochę obrzydliwie, ale reżyser robi do nich takie wprowadzenie, że spokojnie można je przewidzieć i zasłonić oczy w odpowiednim momencie. Pewnie już za dużo horrorów w życiu obejrzałam, ale mnie te sceny nie ruszyły. Ogólnie to najgorszy film tego roku. Omijać szerokim łukiem.
Michał: Nie wiem czy w tym roku coś gorszego
zobaczę – dla mnie to, bezsprzecznie, najgorsze dzieło 2019. Nie dość, że
głupie, nie dość, że zgrywa ambitne (nic tu ambitnego nie ma), to na dodatek
niemiłosiernie nudne. Wiem, obrońcy „Midsommar” chcą mnie za to zabić, ale
zdania nie zmienię. Aster stworzył papkę (chciałem to ująć brzydziej), której
nie da się strawić. Nie podobało mi się tu absolutnie nic, a zachwytów nad Pugh
dalej nie czaję. Widziałem Florence już w paru filmach i jeszcze ani razu mnie
nie znokautowała – przeciętna aktorka, która jeszcze nawet nie błysnęła. A jeszcze co do
„Midsommar” – film widziałem 9 lipca i 9 lipca już z niego nic nie pamiętałem.
Kolejne, przereklamowane dziełko, które jakichś autentycznych (czyli nie takich,
którzy kochają ten film, bo Gutek tak powiedział) fanów jednak zapewne zyska. Co kto lubi...
"Moja Gwiazda. Teen Spirit"
Agata: Już dawno nie widziałam tak bardzo wyrwanej z kontekstu fabuły. Brak
jakiegokolwiek podłoża psychologicznego bohaterów, brak choćby 5 sekund
wyjaśnienia kto, co i dlaczego. Jedyne, czego się dowiadujemy, to to, że młoda
dziewczyna o polskich korzeniach lubi śpiewać, więc idzie na casting do
programu dla lubiących śpiewać. Program się kończy, film się kończy, a ja
zapominam, że był on w tym miesiącu w repertuarze kin (filmweb przypominacz
pomógł).
Michał: Jest szansa, że chociaż hipsterzy
pokochają to dzieło. Muzyka dla nich, zdjęcia dla nich… Pozostali, którzy to
coś obejrzą, po paru minutach zapomną, że to widzieli. Owszem, kadry są spoko,
owszem aktorki są spoko (ale bez rewelacji), ale nic więcej tu nie ma. To film,
w którym bohaterowie nie mają żadnego podłoża – są, ale nic o nich nie wiemy i
nic się nie dowiadujemy. Film zaczyna się z tyłka w jakimś momencie i kończy z
tyłka w jakimś momencie. Obejrzycie, zapomnicie, ale może będziecie pamiętać,
że wątek polski jest tu jako tako ważny (choć na fabułę nie wpływa).
"Imprezowi Rodzice"
Michał: W sumie trailery już wróżyły to, co
chcę Wam tu napisać: omińcie, bo nic nie stracicie. Ani to śmieszne, ani to
fajnie zagrane. Szkoda tak dobrych aktorów jak Hayek i Baldwin na takie
gniociki.
"Yesterday"
Agata: Niesamowicie przyjemny seans z mniej mi znanymi Beatlesami w tle. Bo tak
naprawdę, to Beatlesi, którzy tak bardzo dawali po uszach w zwiastunie, okazali
się jedynie chwytliwym pretekstem do stworzenia kolejnego, klasycznego love
story. Wszystko jest tutaj cacy i tak jak przystało na rasową komedię romantyczną,
czyli: naiwnie, słodziaszkowo, z przejściowymi problemami i zakończeniem,
którego nie zaspojleruję, ale którego wszyscy jesteśmy świadomi już od
pierwszych scen filmu. Jako, że lubię poczucie humoru Richarda Curtisa
(scenariusz) i tym razem dałam się wkręcić w ten przewałkowany miliony razy
gatunek. No i fajowo. Aaawww.
Ewa: Przeurocza brytyjska komedia romantyczna, w której nie ma miejsca na negatywną postać. Największym jej plusem pozostaje punkt wyjścia opowieści, czyli świat, w którym, po chwilowym blackoucie, tylko jeden facet pamięta piosenki Beatlesów (akurat ten jeden, który potrafi śpiewać i grać na gitarze) a sam zespół nigdy nie powstał. Być może mało ciekawi, ale sympatyczni bohaterowie, zjednują sobie widzów już od pierwszych scen. Nawet jeśli popełniają głupie błędy, łatwo trzymać za nich kciuki i kibicować w powrocie na dobrą drogę. Śmiech wzbudzają głównie nowe odkrycia bohatera odnośnie tego, jak zmieniła się historia świata, który zespół nie powstał czy to, jaki jest najpopularniejszy napój na świecie. Dużo w "Yesterday" naiwności, jednak taką pokrzepiającą serca opowiastkę zaskakująco łatwo pokochać i wybaczyć jej wszystkie niedociągnięcia.
Madzia: Pomysł na film był naprawdę dobry. Do tego zawsze miło jest posłuchać muzyki The Beatles. A Himesh Patel ma głos stworzony do śpiewania ich utworów. Ogólnie "Yesterday" to film bardzo przyjemny i idealnie wyważony. Trochę komedii, trochę romansu, wszystkiego w sam raz. Myślałam, że nieco inaczej potoczy się zakończenie, ale tym, które dostałam wcale nie jestem zawiedziona. Mimo wszystko czegoś mi tutaj zabrakło, choć sama nie wiem czego. Na przyjemny letni wieczór polecam jak najbardziej.
Ewa: Przeurocza brytyjska komedia romantyczna, w której nie ma miejsca na negatywną postać. Największym jej plusem pozostaje punkt wyjścia opowieści, czyli świat, w którym, po chwilowym blackoucie, tylko jeden facet pamięta piosenki Beatlesów (akurat ten jeden, który potrafi śpiewać i grać na gitarze) a sam zespół nigdy nie powstał. Być może mało ciekawi, ale sympatyczni bohaterowie, zjednują sobie widzów już od pierwszych scen. Nawet jeśli popełniają głupie błędy, łatwo trzymać za nich kciuki i kibicować w powrocie na dobrą drogę. Śmiech wzbudzają głównie nowe odkrycia bohatera odnośnie tego, jak zmieniła się historia świata, który zespół nie powstał czy to, jaki jest najpopularniejszy napój na świecie. Dużo w "Yesterday" naiwności, jednak taką pokrzepiającą serca opowiastkę zaskakująco łatwo pokochać i wybaczyć jej wszystkie niedociągnięcia.
Madzia: Pomysł na film był naprawdę dobry. Do tego zawsze miło jest posłuchać muzyki The Beatles. A Himesh Patel ma głos stworzony do śpiewania ich utworów. Ogólnie "Yesterday" to film bardzo przyjemny i idealnie wyważony. Trochę komedii, trochę romansu, wszystkiego w sam raz. Myślałam, że nieco inaczej potoczy się zakończenie, ale tym, które dostałam wcale nie jestem zawiedziona. Mimo wszystko czegoś mi tutaj zabrakło, choć sama nie wiem czego. Na przyjemny letni wieczór polecam jak najbardziej.
Michał: Chyba największa niespodzianka tego
miesiąca! Boyle z Curtisem stworzyli komedię romantyczną, która autentycznie
bawi i która nie powoduje, że wątek romantyczny najchętniej byśmy wycięli!
Ogromna w tym zasługa aktorów (i muzyka ;)), między którymi jest autentyczna
chemia: Patel, James, Fry i Sheeran miażdżą system, są bezbłędni, wspaniali!
Kupuję każdą sekundę tego filmu, kupuję każdy utwór z tego filmu (Patel
świetnie sobie poradził z Bitelsami!), kupuję puentę tego filmu! Jestem
oczarowany!
"Annabelle wraca do domu"
Madzia: Nareszcie świetny film o potwornej lalce! Pierwsza część była mocno średnia (do tego był to bardziej dramat niż horror), druga już lepsza, ale nadal czegoś w niej brakowało, trzecia jest zdecydowanie najlepsza ze wszystkich. Na taki horror w tym roku czekałam. Jest straszny i do tego wprowadza nam sporo nowych ciekawych "postaci". Mam cichą nadzieję, że większość z nich (a najlepiej wszystkie) dostaną swoje własne filmy. Niektórzy mogą powiedzieć, że tych straszydeł jest za dużo, za mało jest samej Annabelle, że film jest skonstruowany w ten sposób właśnie po to, żeby zrobić kolejne miliony spin-offów. Jasne, tyle że dla mnie to same plusy w tym filmie. Annabelle jest zapalnikiem wszystkiego co dzieje się w filmie i to w zupełności wystarczy. Nie ma potrzeby, żeby ciągle kłuła nas w oczy.
Michał: Uniwersum „Obecności” to prawdziwa
petarda i ten film tylko to potwierdza. Owszem, mogę się przyczepić, że
bohaterowie opisywanego dzieła to najwięksi debili w historii ludzkości, ale
przestałem się tym przejmować, gdy w grę weszły już elementy horroru. Dauberman
genialnie buduje napięcie, często wymyśla fejkowe jump scare’y, a my mamy tylko
ochotę wrócić do bezpiecznego domku, byleby nie spotkać się z już z Samurajem
czy z Ferrymanem. Mam nadzieję, że to uniwersum będzie trwać jeszcze długo, bo
przynajmniej mam gwarancję, że idę do kina na horror, a nie na produkt horroropodobny.
"Stuber"
Agata: Szok, ale seans był udany! Szłam z nastawieniem na średniaka łamane przez
słabiaka, a okazało się, że obejrzałam kolejną w tym miesiącu, udaną komedię.
Proste, niewymagające, zabawne, iście wakacyjne kino.
Michał: Jeśli jesteście zmęczeni pracą, to
śmiało możecie to obejrzeć. „Stuber” to kino rozrywkowe, w którym dzieje się
wiele i dzieje się nawet zabawnie. Duet Bautista-Nanjiani robią naprawdę fajną
robotę, fajnie się ich ogląda na ekranie – ogromnie jednak żałuję, że twórcy
tak słabo wykorzystali potencjał Uwaisa, który zamiast totalnego rozpieprzatora
z materiałem na idealny czarny charakter, został sprowadzony do roli zwykłego złola do pokonania.
Plusik za cameo Karen Gillan, którą lubię coraz bardziej (polecam obserwować ją na
insta: laska ma spooooro odpałów, niekoniecznie na trzeźwo). „Stuber” to kino
na jeden raz, ale kino bardzo przyjemne.
"Młody geniusz i kłopotliwe wynalazki"
Michał: Ma to kilka naprawdę śmiesznych
momentów, jednak generalnie nie jest to kino ani dla dzieci ani dla dorosłych.
Strasznie to nijakie, nie nadaje się nawet do niedzielnego obiadu. Pewnie już
sami twórcy nie pamiętają, że to stworzyli.
"Król Lew"
Ewa: To film, który fantastycznie pokazuje możliwości dzisiejszej techniki animacji i tego, jak szybko w tej dziedzinie następuje rozwój. Trudno się nie zachwycać przepięknymi krajobrazami czy stworzeniem lwów, które wyglądają jak żywe. Nad śmiercią Mufasy również trudno nie zapłakać, niezależnie, czy znamy oryginał, czy nie. Jednak cały film został niemalże przedstawiony jeden do jednego w porównaniu z oryginałem - sceny wyglądają identycznie (oprócz tych, które nie wpisywały się w realizm nowej animacji), dialogi w większości też. Brak poszerzenia wymowy filmu nieco mnie rozczarował. Piosenki w nowych aranżacjach brzmią nie tak, jak powinny, skoro od kilkunastu lat zna się je na pamięć. Zabrakło mi tutaj pewnej magii, którą oferował oryginał. Ponarzekać można, ale nie można zaprzeczyć, że Timon i Pumba skradli każdą scenę, w której się pojawili. Jak na razie, nostalgiczny Disney skierowany do obecnych dwudziesto- i trzydziestolatków, pragnących wrócić do lat beztroski, sprawdza się całkiem nieźle.
Madzia: Trzeba przyznać - Jon Faverau zna się na rzeczy. Po świetnej "Księdze dżungli" przyszedł czas na "Króla Lwa". Film, który jest przynajmniej tak samo dobry jak animacja, na której został oparty. Zwierzęta są tak realistyczne jak gdyby były prawdziwe. Na minus po pierwsze - Pumba. No cóż... W animacji był to uroczy guziec. Szkoda, że prawdziwe guźce nie są tak urocze i ten w filmie jest po prostu brzydki (choć to akurat nie wina reżysera, a po prostu natury :)). I po drugie - jedna z moich ulubionych scen i piosenek w filmie, czyli wabienie hien przez Timona i Pumbę zostały kompletnie zmienione. Szkoda...
Monika: Był to pierwszy film, na jaki zabrano mnie do kina. Oczekiwania miałam zatem wysokie. I w gruncie rzeczy zostały one spełnione. Jedyne o co mam naprawdę żal to taniec hula. Dużo było krytyki, że słaba mimika zwierząt, że klimat nie ten. A słyszeliście TĘ muzykę? Widzieliście w jak cudowny sposób pokazano krąg życia? I ta falująca grzywa Mufasy?! Nie do końca jestem przekonana tylko co do głosu Timona i Pumby, poprzedni dubbing bardziej mi się podobał. Jednakże całość oddana jest bardzo dobrze, a Disney to Disney <3 Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto po wyjściu z kina nie nucił: "a łimbałe a łimbałe" :)
Michał: Po tym filmie mogę z czystym
sumieniem napisać: Jon Favreau to prawdziwy wizjoner kina! Reżyser (i aktor)
zmierzył się z legendą totalną i wyszedł z tego starcia obronną ręką. Favreau
przełożył kultową animację praktycznie w skali 1:1, a dodane przez niego sceny
pozytywnie zaskakują (Nala jako ninja). Najbardziej, co oczywiste, oczarowały
mnie efekty specjalne – te zwierzęta są po prostu NIESAMOWITE! Jak się
przyjrzycie, to nawet włoski w futerku stoją w różnych kierunkach! Favreau i
jego zespół przekroczyli kolejną barierę – dzięki nim efekty specjalne weszły
na jeszcze wyższy poziom, jaram się tym maksymalnie! Jako, że SPECJALNIE,
poszedłem na wersję z polskim dubbingiem (by powspominać dawne dzieje), muszę
się jeszcze o nim wypowiedzieć. JEST WSPANIAŁY! Aktorzy poradzili sobie
fenomenalnie, a duet Stuhr-Piela w mistrzowski sposób zastąpił Tyńca i
Kamińskiego. Piosenki wciąż brzmią wybornie, a „Hakuna Matata” spowodowało, że
prawie uroniłem łezkę. „Król Lew” Favreau to dzieło wielkie, któremu naprawdę
niewiele zabrakło, by stać się arcydziełem!
"I znowu zgrzeszyliśmy, dobry Boże"
Agata: Ogółem byłoby ok, gdyby nie fakt, że nastawiłam się na wyborną kontynuację
jedynki, którą darzę ogromną sympatią. Co prawda, francuska rodzina nadal bawi,
ale rozwleczona fabuła, w jakiej przyszło im się prezentować, zepsuła większość
frajdy. Kilka prześmiesznych tekstów wynikających z nawiązań do aktualnej
sytuacji społeczno-politycznej Francji i świata to dla mnie zdecydowanie za
mało.
Madzia: No cóż... Pierwsza część była o wiele lepsza. Tutaj dużą zaletą jest fakt, że możemy wreszcie poznać mężów wszystkich czterech córek. Jest rzeczywiście kilka zabawnych scen, ale nie ma ich za wiele. Gdzieś w połowie film zwalnia tempo i trochę zaczyna się dłużyć. Najzabawniejszy w całym filmie jest miejscowy proboszcz i szkoda, że jest go tak mało.
Madzia: No cóż... Pierwsza część była o wiele lepsza. Tutaj dużą zaletą jest fakt, że możemy wreszcie poznać mężów wszystkich czterech córek. Jest rzeczywiście kilka zabawnych scen, ale nie ma ich za wiele. Gdzieś w połowie film zwalnia tempo i trochę zaczyna się dłużyć. Najzabawniejszy w całym filmie jest miejscowy proboszcz i szkoda, że jest go tak mało.
Michał: Kocham „jedynkę”, pokochałem i
„dwójkę”. Ponownie otrzymujemy niezwykle błyskotliwą i inteligentną komedię,
która w kapitalny sposób obrazuje współczesne społeczeństwo. Gwarantuję: w paru
scenach popłaczecie się ze śmiechu! Clavier to GENIUSZ, a pozostała część
obsady idealnie z nim współgra. Co prawda film ma pewny zastój (mniej więcej w
połowie), ale generalnie nie wpływa to na moją ocenę ogólną. Bawiłem się
kapitalnie i z pewnością jeszcze wielokrotnie do tej produkcji powrócę.
"Diego"
Michał: Kapadia ma na swoim koncie mój
ulubiony dokument poświęcony gwieździe sportu – „Sennę”. Było to arcydzieło
totalne, kino nokautujące, doprowadzające do łez. Szkoda, że w przypadku
„Diego” to się nie udało. Reżyser manipuluje faktami, szerzy stereotypy, a
czasem stara się Maradonę wybielać (choć oczywiście sam film takiego zamiaru
nie miał). Szkoda, że pan Kapadia nie ukazał, że to tak naprawdę nie Barcelona,
nie kibice Juventusu i takiego burackiego klubu z Mediolanu, zniszczyli Maradonę, tylko jego własna sława. Ja
czuję się oburzony gloryfikowaniem Neapolu, Napoli, kibiców klubu, byleby
reżyser mógł zmanipulować historię tak, by ukazała jego tezę. „Diego” ma parę
fragmentów starających się mówić prawdę, jednak generalnie dużo tu
bajkopisarstwa. A nie o to chodzi…
"Fighter"
Agata: Bardzo, bardzo, BARDZO marne kino, na którym mocno się ubawiłam. Wątki od
czapy, karykatury mafiozów, przecudnie sucharskie żarciki i reszta równie
marnych dialogów wypływających z ust niszowych, zakurzonych od zapomnienia
aktorzyn. Seans doskonale sprawdza się jako swoistego rodzaju guilty pleasure
dla maniaków polskiego kina wszelakiej maści.
Michał: W skali kupowatości wyje…wywaliło mi
skalę w kosmos. Ten wytwór filmopodobny jest zły pod każdym względem, nie ma tu
nic dobrego, wszystko jest żenujące. Widać, że budżet wyniósł dwa grosze,
gorszych walk nie widziałem na ekranie. Nie chce mi się nawet pisać o tym, że
nic tu nie trzyma się kupy, że nikt nie chce by było to chociaż przeciętne.
„Fighter” to kupa, w którą nie chcecie wdepnąć. Ale niech będzie. Podniosę
ocenę o pół oczka za suchar o Tomaszu Kocie – nawet troszkę się zaśmiałem,
jednak szybko łyknąłem wodę, by zapić suchość w gardle.
"Truposze nie umierają"
Madzia: Jeden z najlepszych filmów Jima Jarmuscha. Świetnie przemyślany, trochę obrzydliwości i dużo zabawy. Stylem i absurdem nieco przypomina mi "Człowieka, który zabił Don Kichota" Terry'ego Gilliama. Do tego jest to świetna alegoria do dzisiejszych czasów. Jedyne zastrzeżenie mam do zakończenia, które tę alegorię zbyt łopatologicznie widzom tłumaczy.
Michał: Jarmusch postanowił zabawić się z
kinem zombie i zabawił się genialnie! Jako człowiek, który zna olbrzymią część
produkcji o nieumarłych (od arcydzieł po arcygnioty) czułem się jak w domu, co
chwilę wyłapując jakieś odniesienia do innych filmów. Reżyser ostatecznie
pozostaje jednak wierny tradycjom Romero – sceny finałowe to przełożenie na
współczesność puent zaczerpniętych od legendarnego reżysera. W tej jeździe bez
trzymanki (dosłownie!) znajdziecie wszystko: humor, flaki i Iggy’iego Popa :D
Ależ to jest dobre kino, ależ to zawiłe kino, ależ to kino dla koneserów
gatunku. Jarmusch, choć za nim jakoś specjalnie nie przepadam, zdecydowanie
odrobił pracę domową!
"W deszczowy dzień w Nowym Jorku"
Madzia: Nowy film Allena kompletnie do mnie nie przemawia. Jest zbyt intelektualistyczny przez co staje się wręcz nudny. Do tego ci aktorzy, którzy są strasznie irytujący. Film jest tak mdły, że ciężko o nim cokolwiek powiedzieć.
Monika: Zawsze przed seansem Allena zadaję sobie pytanie: czy rzeczywiście masz ochotę na dwugodzinny dialog? Często rezygnuję na tym etapie, jednak zrządzeniem losu wylądowałam w Nowym Jorku, w ten deszczowy dzień. I nie żałuję! Timothée Chalamet, jak dla mnie wschodząca gwiazda, bardzo dobrze partnerująca mu Selena Gomez (nie wiem czemu, ale nie mogłam się napatrzeć). Fanning przyprawiła mnie o próchnicę jeszcze przy "Czarownicy", nadal czekam aż mi przejdzie. Film oczywiście nie wyprze się swojego autora, ale całość muszę powiedzieć - przyjemna. Deszczowy klimat tego miasta również trafił w mój gust, no ale to w końcu Nowy Jork.
Michał: Wystarczyłoby, żebym napisał „Woody
Allen” i resztę moglibyście dopisać sami. Koleś znów kręci ten sam film, znów
wkłada w usta bohaterów te same dialogi, znów wali tym samym „humorem”. Znów
jednak aktorzy dają u niego radę: Schreiber, Law, Fanning i, uwaga, Selena
Gomez(!!!) spisali się świetnie! Zabiją mnie jednak zapewne fanki Chalameta –
wciąż nie czaję hajpu na niego. Jeśli widzieliście jeden z ostatnich kilkunastu
filmów Allena, ten możecie również odpuścić.
Podsumowanie:
Po kliknięciu na obrazek, tabelka z podsumowaniem ocen zostanie powiększona. W tym miesiącu, aby film liczył się w kategorii najlepszy/najgorszy, musiało go widzieć dwoje blogerów. Z naszym werdyktem, co do najgorszego filmu, nie zgodzi się pół polskiego internetu, ale nic nie poradzimy - u nas jest zgoda, "Midsommar" to szrot. Za miesiąc, oczywiście, powrócimy - czy ktoś zatrzyma Tarantino? Wątpię ;)
Po kliknięciu na obrazek, tabelka z podsumowaniem ocen zostanie powiększona. W tym miesiącu, aby film liczył się w kategorii najlepszy/najgorszy, musiało go widzieć dwoje blogerów. Z naszym werdyktem, co do najgorszego filmu, nie zgodzi się pół polskiego internetu, ale nic nie poradzimy - u nas jest zgoda, "Midsommar" to szrot. Za miesiąc, oczywiście, powrócimy - czy ktoś zatrzyma Tarantino? Wątpię ;)
Ze wszystkiego wybrałabym Króla Lwa. Ogólnie dobrze się czyta recenzyjki filmów zestawione od kilku osób, a nie jednej osoby. Co prawda i tak mało, na badania statystyczne się nie nadaje ale daje głębszy obraz.
OdpowiedzUsuń